czwartek, 18 czerwca 2009

O włóczkach

Zakupiłam u Laury Kashmir, w ilości wystarczającej na rozpinany sweterek, w kolorze jasnobeżowym. W jednym motku mieści się ponad jedna trzecia kilometra włóczki, co sprawia, że jest ona bardzo wydajna. Bardzo trafnym „chłytem maketingowym” jest forma motka, przypominająca dysk UFO. Szalenie mi się to podoba (głupie, a cieszy, nie?). Na metce napisano, że włóczka jest przeznaczona na druty o rozmiarze 4 mm, co moim zdaniem jest pomyłką. Na 3.5 mm robi się w miarę luźno, 3 mm byłyby idealne. (chociaż zapewne wszystko zależy od dziergającego)
Producent włóczki ponadto bardzo udanie dobrał kolory dla całej serii, za wyjątkiem jasnobeżowego. Zakupując właśnie ten odcień spodziewałam się czegoś kolorystycznie zbliżonego do kawy z mlekiem, w rzeczywistości jednak coś Producentowi wpadło do kadzi z barwnikiem, co nadaje różowy odcień (może to malinowa landrynka, może szczur). W rezultacie kolor włóczki w świetle dziennym niepokojąco zbliża się do nieokreślonego spranego bieliźnianego z nieznośnym różowawym akcentem, co szalenie utrudnia wybór modelu do wydrutowania.
Trochę się głowiłam, co by tu wydziergać, by nie wyglądało mdło i doszłam do wniosku, że powinien to być razie model o zdecydowanym akcencie, dawkowanym jednak oszczędnie. Jak na przykład Millefiori cardigan.


Zakupiłam także popielaty KidMohair z Adriafilu, w lokalnej pasmanterii.
Motek jest tak leciuchny i niesamowicie miękki, że sprawia wrażenie chmurki. Zaczęłam jeszcze w dniu zakupu z niego dziergać, tylko po to by stwierdzić, że chyba jeszcze za wcześnie dla mnie na operowanie tak cienką i delikatną włóczką. Za bardzo mi się ślizga po drutach. Włóczka prawie nic nie waży, wiec nie stawia oporu ani powietrzu, ani grawitacji, stąd głupie uczucie, które powoduje, że kurczowo trzymam druty, by w tej mgiełce nie pogubić oczek. Poza tym włóczka jest na tyle cienka, że trudno ją dostrzec w sztucznym świetle. Tak wiec chyba z przerobieniem tej włóczki będę musiała poczekać, aż nabiorę pewności w machaniu drutami.


Myszoptico, ten Brueghel jest mój. Tylko że to takie neverending opus magnum. Zaczęłam jeszcze na studiach, nadal nie skończyłam...

7 komentarzy:

  1. Szczerze mówiąc wielokrotnie się zastanawiałam czy nie zmienić nazwy koloru w opisie na "budyniowy" .Ten fabryczny też mi nie pasuje za diabła.

    OdpowiedzUsuń
  2. Budyniowy to też nie to. Szczerze mówiąc, tak samo trudno jest sfotografować ten odcień, by wyszedł jak w realu, jak i nazwać.
    Pogimnastykuje sie, moze któreś zdjecie odda rzeczywisty kolor :-|

    OdpowiedzUsuń
  3. o rany... ( to do obrazu:)i nic już nie mogę wykrztusić:)
    mów mi tu szybko gdzie zdobyłaś ten adriafil!!
    bo mi już ciśnienie wzrosło...
    a ja obstawiam że w kadzi był szczur, a może nawet biała myszka:)

    OdpowiedzUsuń
  4. W pasmanterii przy ulicy Widok(za Rotundą). Znalezienie tej pasmanterii to zadanie dla wytrawnych traperów, bowiem maskuje sie doskonale i łatwo przejsc mimo nie zauważywszy witryny (na której leży sobie kidmoherek, jak na plaży).

    A co do Brueghla - cóż, student musi jakos na siebie zarabiać, a ze nie lubię latać ze ścierką, machałam pędzlami. Takie połączenie przyjemnego z pożytecznym.

    OdpowiedzUsuń
  5. O włóczkach to można czytać i czytać i czytać... :-)))

    OdpowiedzUsuń
  6. o to Ty zawodową plasyczką jesteś?
    już nastawiam się psychicznie na poszukiwania pasmanterii, chociaż może być ciężko. może byćtak, że wyjdę chora z tej pasmanterii i z pustym portfelem:) a to może stworzyć pokusę zejścia na złą drogę, np, poznańską, hehehhee

    OdpowiedzUsuń
  7. Chałupniczą, lub bardziej elegancko: domorosłą.
    Rysunku i techniki malarskiej nauczyłam się sama. Oczywiście wciąż uważam, ze mam wiele do opanowania w tej dziedzinie, ale wiesz jak to jest. Kiedy się pół życia spędza w niezbyt ciekawej pracy, za biurkiem, to się czasem odechciewa chcieć.
    Myszoptico, zaopatrzenia w pasmanterii wielkiego nie mają. Ot trochę różowego i błękitnego Kida, a tak poza tym zupelnioe przecietnie. Nie jest to jakiś Sezam czy inny skarbiec. Tak więc Poznańska ci nie grozi, hrehrehre...

    OdpowiedzUsuń