niedziela, 5 grudnia 2010

Mikołaj!

Z okazji Mikołajek przygotowałam dla was prezent!

Oto wzór na Mikołaja – dwustronny szaliczek, nie za prosty i nie nazbyt wyszukany. Dzierga się szybko i bez dłużyzn. Projekt w sam raz na gwiazdkowy prezent „last minute”.




Szaliczek składa się z części głównej w ściegu francuskim oraz ażurowej bordiury dzierganej jednocześnie z częścią główną. Do wykonania szaliczka zalecam włóczkę nie cieńszą niż „fingering weight”. Swój zrobiłam z ok. 75 gramów wełny niewiadomego pochodzenia, więc niestety na razie nie mogę podać przybliżonej ilości niezbędnej włóczki w metrach.


Niezbędne umiejętności:
Wykonywanie narzutów, dodawanie i gubienie oczek, wykonywanie rzędów skróconych (metodą „wrap and turn”)

Potrzebne będą: druty rozmiar 4, 1 marker, 2 50 gramowe motki włóczki grubości "fingering" (na druty 3-3.5 mm).

Wzór na ażur (uwaga, to ażur dwustronny ze zmienną liczbą oczek w rzędach!):
Nabrać 9 oczek.
Rząd 1: 2 op, narzut, 2 op. razem, *podwójny narzut, 2 op razem* x2, 1 op;
Rząd 2: 3 op, *1 ol, 2 op* x2, narzut, 2 op razem (11 oczek na drucie);
Rząd 3: 2 op, narzut, 2 op. razem, 2 op, *podwójny narzut, 2 op razem* x2, 1 op;
Rząd 4: 3 op, 1 ol, 2 op, 1 ol, 4 op, narzut, 2 op razem (13 oczek na drucie);
Rząd 5: 2 op, narzut, 2 op. razem, 4 op, *podwójny narzut, 2 op razem* x2, 1 op;
Rząd 6: 3 op, 1 ol, 2 op, 1 ol , 6 op, narzut, 2 op razem (15 oczek na drucie);
Rząd 7: 2 op, narzut, 2 op. razem, op do końca rzędu;
Rząd 8: zamknąć 6 oczek, 6 op, narzut, 2 op razem.



Wzór na Mikołaja:
Nabrać 10 oczek.
Rząd 1: 1 op, umieścić marker, kontynuować rząd 1 wzoru na ażur,
Rząd 2: przerobić rząd 2 ażuru, 1 op,
Rząd 3: zsunąć pierwsze oczko na prawy drut bez przerabiania, kontynuować rząd 3 ażuru. Od tego momentu zaczynając każdy rząd nieparzysty zsuwamy pierwsze oczko bez przerabiania.
Rzędy 4-7: przerabiać jak wyżej, kontynuując wzór ażuru,
Rząd 8: przerobić rząd 8 wzoru ażuru, dodać 1 oczko, 1 op. Mamy 1 listek :)
Kontynuując dodawanie po jednym oczku w części głównej (tuz za markerem) co osiem rzędów, wydziergać kolejnych 8 listków.
Od tego momentu w części głównej dodajemy po jednym oczku co 4 rzędy, a więc w każdym 4 i 8 rzędzie ażuru. Wydziergać w ten sposób kolejne 9 powtórzeń motywu listka.

Uwaga, zaczynają się rzędy skrócone :)

*Dziergać jak wyżej 7 rzędów (część główna + motyw), w następnym rzędzie po wykonaniu motywu, w części głównej, przerobić 20 oczek prawych, następne oczko przełożyć na prawy drut bez przerabiania, przeciągnąć włóczkę do przodu, przełożyć znowu 1 oczko z drutu prawego na lewy, odwrócić robótkę („wrap and turn”) i kontynuować – 20 op do markera, 1 rząd motywu.
Kontynuować dzierganie szaliczka do rzędu 7 motywu. W następnym rzędzie po wykonaniu motywu, w części głównej, przerobić 10 oczek prawych, wykonać „wrap and turn” i kontynuować – 10 op, do markera i 1 rząd motywu.*
Przerabiać tak jak wyżej od * do *, aż szaliczek będzie miał 38 motywów listka.

Od następnego motywu zaczynamy gubić oczka w części głównej.
Przez kolejne 9 motywów gubimy oczka (przerabiając dwa oczka położone tuż za markerem razem) w każdym 4 i 8 rzędzie motywu, w następnych 9 motywach – w każdym 8 rzędzie motywu. W ostatnim motywie zamknąć wszystkie oczka.
Zblokować, układając w półkole lub nawet na kształt podkowy.

Voila!



Uwaga! Wzór jest mojego autorstwa. Może on być wykorzystywany jedynie w celach niekomercyjnych. Na osoby ignorujące powyższe zastrzeżenie niniejszym nakładam klątwę.



PS: to mój "pierwszy raz", jeśli chodzi o przygotowywanie wzorów. Będzie mi bardzo przyjemnie, jeśli dacie mi znać, jak wam idzie dzierganie Mikołaja. Wszelkie uwagi mile widziane. Przyjemnego dziergania.

Nikolai - english version

In Poland on December 6th, in a Saint Nicolas day we give small gifts to friends and family.
This pattern is my gift for you! Enjoy it!

Nikolai - reversible scarflette, knit sideways in garter stitch with lace edging. It's not too fancy nor too simple. Knits fast with no looong boring rows. It's just perfect for a last minute Christmas gift!




For this project I recomend fingering weight yarn or thicker (DK or aran weight). For my scarf I used approx. 75 grams of fingering weight yarn. Since I had this yarn forever in my stash and lost a band, I cannot tell the yardage now.

Required skills:
Yarn over, increasing and decreasing stitches, short rows (wrap and turn method).

You will need:
Neeldles - US 6 /4.0 mm, tapestry needle, two 50 gram skeins of fingering weight yarn.


Lace pattern
(attention: stitch number in rows varies!)

CO 9 stitches.
Row 1 – K2, YO, K2tog, [YO twice, K2tog]x2, K1
Row 2 – K3, [P1, K2]x2, YO, K2tog, (11 stistches on the needle)
Row 3 – K2, YO, K2 tog, K2, [YO twice, K2tog]x2, K1
Row 4 – K3, P1, K2, P1, K4, YO, K2tog, (13 stitches on the needle)
Row 5 – K2, YO, K2tog, K4, [YO twice, K2tog]x2, K1
Row 6 – K3, P1, K2, P1, K6, YO, K2tog, (15 stitches on the needle)
Row 7 – K2,YO, K2tog, K11,
Row 8 – cast off 6 stitches, K6, YO, K2tog.


How to knit Nikolai:

Cast on 10 stitches.
Row 1: K1, pm, knit 1 row of lace pattern.
Row 2: knit row 2 of lace pattern, K1,
Row 3: Slip 1 stitch purlwise with yarn in front, knit row 3 of lace pattern. From this moment you slip the first stitch in every odd row.
Row 4 – 7, continue knitting body and border as established,
Row 8 – knit row 8 of lace pattern, slip marker, add one stitch (kbf).
Continue increasing stitches in every 8 row until piece has 9 lace motifs.
Then knit next 9 motifs, increasing in every 4 and 8 row of lace motif repeat. You have now 18 leafs on border :-)

Now the short rows start:

You don't increase stitches on scarfs body now.

*Knit 7 rows as established. In 8 rowknit lace motif, slip marker, knit 20, wrap and turn, knit 20 stitches, slip marker and then knit as established next 7 rows. In 8 row of lace pattern repeat knit lace motif, slip marker, knit 10, wrap and turn, knit to marker and continue with lace pattern.*
Continue knitting until scarf has 38 lace pattern repeats.

Short rows part ends here, decreasing starts :-)
While knitting next 9 repeats of lace motif, you dercease 1 stitch (using k2tog) in scarfs body after every 4 and 8 row (right after marker), then in next 9 motif repeats you decrease one stitch after every 8 row of lace pattern repeat, righr after marker.

Now block scarf in half circle or even horseshoe shape, weave in ends and wear it!

Post scriptum: this is my first knitting pattern so it may be not perfect. If you spot any mistake or if pattern is difficult to understand, please, let me know!


Note: Nikolai design and pattern are subjects of copyright. This pattern is for personal use only. You may not sell any items produced using the directions in this pattern. Thank you in advance for respecting this.

Ps: comments are blocked due to spammers activity. If you want to contact me, you can do it via Ravelry

środa, 10 listopada 2010

Mgła jesienna...

Nastała jesień. Przenikliwy chłód i wilgoć w powietrzu. Późne świty i wczesne zmierzchy. Gałęzie drzew utrzymują ostatnie liście w barwach brudnej, chłodnej żółcieni. To czas, kiedy najprzyjemniej zagłębić się w fotelu lub innym ulubinym zakątku, z kubkiem aromatycznej, gorącej herbaty i robótką - koniecznie wełnianą.

Także i ja zabrałam sie za dzierganie w jesiennej tonacji. Powstaje szal z delikatnego moheru w kolorze jesiennej mgły, według wzoru estońskiego. Dzierga się w melancholijnym tempie.
Wracam do mojej herbaty i drutów. Ciao.

czwartek, 7 października 2010

Singera opisywanie...

Po pierwsze i najważniejsze, serdecznie Wam dziękuję za tak szybki odzew i jednoczesnie przepraszam za zwłokę w odpowiedzi. Niestety, trochę trwało, zanim jednocześnie złapałam chwilę czasu i pełne baterie do aparatu.
Załączam słitaśne focie mojej singerki. Zaznaczyłam na nich, które elementy budzą moje zainteresowanie, ale to jest jak opisywanie nowego gatunku zwierzęcia bez znajomości podstawowej terminologii jak na przykład goleń czy łopatka.
Tak więc maszyna ma "takie cosie":




Seria otworków. Domniemywam, że dziurki 1-4 mogą służyć do naprawiania maszyny (w końcu mechanizm jest obudowany żeliwnym pancerzem). Podejrzewam również, że otworki 5 i 6 służą do mocowania elementu do nawijania nici ze szpuli na bębenek, ale sposób mocowania nadal jest tajemnicą. To znaczy, element, o który pytałam poprzednio, rzeczywiście pasuje w tym miejscu, ale chyba jeszcze czegoś do mocowania brakuje :-(




Pokrętła 1, 2 i 3. Numer 3 jak sądzę, do regulacji nacisku stopki na materiał, ale reszta?



Dalej mamy pokrętło 1 oraz otworek 2. Tabliczka z wybitymi numerami zaś niewiele jest pomocna przy ustaleniu daty produkcji, albo ja jestem kołowata i tego systemu oznaczania daty nie ogarniam umysłem. W każdym razie napis głosi: "R1101005".

Oświećcie mnie, proszę.

czwartek, 30 września 2010

Pomocy...

Zbiegiem okoliczności (czy szczęśliwym, to się jeszcze okaże) zostałam właścicielką tej oto piękności:


Stare Singery są moim bzikiem od dzieciństwa. U moich dziadków stała bardzo podobna maszyna. No i teraz mam własną.


Podobno od przybytku głowa nie boli, ale w zwiazku z powyższym przybytkiem wyłania się zagadnienie. Ładny przedmiot ładnym przedmiotem, w końcu antyk, jest czym przyszpanować. Nie mniej jednak dobrze by było, gdyby posiadał inne, poza estetycznymi, walory. Marzę o tym, żeby mieć DZIAŁAJĄCĄ starą maszynę Singera, a zarówno w antykach, jak i w maszynach do szycia jestem zupełnym lajkonikiem ;-)
Stąd moja prośba do czytelników: czy wiecie, w jaki sposób zidentyfikowac maszynę (data produkcji, model)? Jak poznać, czego brakuje (czegoś mi brakuje nad stopką, ale ponieważ się nie znam, nie wiem czego)? Skąd wziąć informacje na ten temat? I wreszcie - jak działa (gdzie te nitki się zakłada i tak dalej)?

Będę wdzięczna za każdy skrawek informacji, adresy stron czy forów internetowych, nazwy wydawnictw, rysunki, wyjasnienia - cokolwiek, co ułatwi doprowadzenie maszyny do używalności.
EDIT: zdjęcie części - co to, do czego służy i gdzie się to montuje?

Więcej zdjęć wkrótce - właśnie mi zdechły baterie w aparacie.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Dłubię...

Mało ostatnio pisuję, za to dużo robię, w tym także trochę i na drutach. Na przykład tę liściastą chustę. Wzór wygrzebałam w Antique Pattern Library, spodobał mi się i postanowiłam rozkminić opis wykonania z 1950 roku, używając tego, co pod ręką, czyli pozostałości włóczki po Millefiori. Calkiem przyjemna robótka, z tym że, jak już wspominałam kiedyś, wolę szale które się robi od bordiury do środka. Stale zwiększająca się liczba oczek działa na mnie jakoś demotywujaco, więc nie wiem, na ilu powtórzeniach wzoru szal się skończy. Plan jest taki, żeby wykorzystać resztę wełny z tego nieszczęsnego byłego sweterka.

Prawie sto lat temu, czyli gdzieś koło maja, zaczęłam szaliczek Triinu z "Knited lace of Estonia". Wzór banalnie prosty, błyskawicznie zapadający w pamięć. Jak sobie zapamiętałam schemat w maju, tak już do niego nie muszę zaglądac, a szaliczek się dzierga po kilka rządków na tydzień. Bardzo przyjemna robótka, która w bardziej sprzyjających okolicznościach zostałaby skończona w ciagu dwóch-trzech dni. Na efekty końcowe czekajcie jeszcze jakieś cztery tygodnie.
Szaliczek robiony z resztek szpuli Shipwreckowej (trochę tej nitki jeszcze jest, na drugi na przykład Triinu).


Tak więc coś sie dzieje i dziać się będzie nadal. Na bieżąco śledzę nowości na Ravelry, na bieżąco zaglądam do swoich zbiorów włóczkowych.
Ostatnio wygrzebałam włóczkę z historią. Otóż w zeszłym roku wyjechalismy z małżonkiem i paczką do Szkocji w celu powłóczyć się po wrzosowiskach i pozażywać romantycznej aury, oraz w moim prywatnym celu - zdobyć ciekawe włóczki.
Jak już wspominałam, wyjazd udał się średnio - Króliczek już wtedy wdawał się we znaki, chociaż wcale go jeszcze nie było widać a włóczek przywiozłam mało, bo chociaż podróżowaliśmy po szkockim owczym Eldorado, to w lokalnych sklepach z mydłem i powidłem włóczki było jak na lekarstwo.
Poniżej włóczka, słynny Harris Tweed, z której ma powstać męski szalik.

Właściwie szalik miał powstać już zeszłej jesieni, ale kiedy miałam się za to zabrać, włóczka zmusiła mnie do sprintu w kierunku łazienki. Właściwie to Króliczek mnie zmusił. Miałam w czasie ciąży nadwrażliwośc na zapachy, na przykład na zapach lanoliny.
Po tym pamiętnym sprincie nie zaglądałam do szafki z włóczkami przez kilka miesięcy.
Było nie było, nadwrażliwość minęła, a ja przewinęłam wełnę z buchty w megakłębek i wkrótce wrzucę ją na druty.
To tyle, jeśli chodzi o relacje z frontu robótkowego.

czwartek, 8 lipca 2010

Na szaro

Czasami dopada mnie chandra, a ponieważ muszę być ciągle "na chodzie", chandrę trzeba szybko zwalczać. A niezłą metodą relaksujacą i wyciszającą jest robienie na drutach
Zdarzyło się dwa tygodnie temu, że na gwałt potrzebowałam relaksu przy włóczce, więc dorwałam w pobliskiej pasmanterii pół kilo Kashmiru, za który zapłaciłam jak za zboże (ale leczenie chandry wymaga natychmiastowego działania, nieprawdaż?) i zabrałam się za projekt pomysłowy i polepszajacy humor.
Czyli za Sowy, czekajace już od roku w kolejce do zrobienia.
Sam projekt jest łatwy do wykonania, mnogość oczek prawych dłubanych dookoła działa jak katalizator negatywnych uczuć. Średnio wprawionemu dziergaczowi mógłby zająć do trzech dni (w tym jeden na same rękawy, bo nudne toto, trudno motywację znaleźć), mnie zajął ponad dwa tygodnie. Ale ja mam wytłumaczenie nie do obalenia ;-]
Tymczasem pokazuję niewykończone, bo niezblokowane, Sowy.



Sowy, wzór co do zasady bezszwowy (poza kilkoma oczkami pod pachami do złapania), w moim wykonaniu jest ze szwami, bo ja niestety nie za bardzo się lubię z techniką magic loop. Przerwa między oczkami zbytnio by mnie drażniła ("drabina", jak mawiają kniterki), a że w lokalnej pasmanterii nie mieli pończoszniczych szóstek, rękawy zrobiłam na płasko, jak Pan Bóg przykazał i zszyłam zgodnie z prawidłami sztuki.

Na cały sweter zeszły mi prawie cztery dyski Kashmiru w bardzo udanym kolorze, zwanym gdzieniegdzie "jasny popiel". Jasnoszarą nitkę urozmaicają czarne włókienka, dzięki czemu kolor dzianiny nie jest płaski, matowy.
Z ostatniego motka zostało mi o, tyle:
***
Odnośnie zaś kwiecia lipy, Joasiu, gorąco polecam powąchanie świeżo rozkwitłych kwiatów, gdyż te przekwitające mają już nieznośną nutę suszu.

niedziela, 4 lipca 2010

Lipiec


Uwielbiam zapach kwitnących lip i brzęczenie skrzydełek setek pszczół. To taki balsam na duszę.
W lipcu częściej niż w innych miesiacach sięgam pamięcią do dzieciństwa, pełnego beztroski i radości.
W innych zaś miesiącach sięgam po herbatkę z kwiatów lipy na odpędzenie chandry.
A wam z czym się kojarzy zapach kwitnącej lipy?

Ps. Dzisiejszy post sponsorowany jest przez chustę do noszenia niemowląt, dzięki której nareszcie mogę swobodnie wychodzić z domu, albowiem Króliczek jak dotąd kategorycznie odmawiał poznawania świata z perspektywy wózkowej, co wybitnie ograniczało moją mobilność.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Shipwreck - nareszcie.

Najwyższy czas pokazać wreszcie rzecz skończoną półtora miesiąca temu, a zaczętą okrąglutki rok wstecz.
Zamarzyło mi się rok temu wydziergać coś z dziurkami, coś efektownego i wymagającego (przynajmniej dla początkującej dziewiarki). Znalazłam Shipwrecka, który spełnia powyższe wymagania i podjęłam się tego zadania, które szybko zyskało status opus magnum in spe. Uczyłam się na nim ażurów i cierpliwości. Część "treściwa" Shipwrecka wydziergała się dość szybko, chociaż wówczas dzierganie prawie trzystu oczek w jednym okrążeniu wydawało mi się nie byle jakim osiagnięciem. Potem przyszedł czas na bordiurę - prawie 600 oczek w jednym okrążeniu plus zabawa z koralikami. Koralikowe perypetie opisałam tutaj. Bordiura dziergała się dłuuugo, bo i żmudna, i nudna w robocie, a i perypetii życiowych trochę się po drodze napatoczyło (jak chociażby włóczkowstręt ciążowy).
W każdym razie nadszedł czas, i to najwyższy, by rzecz skonczyć, i rzecz została skończona. W trakcie wykańczania miałam podobna przygodę, jak Dagi - mnie również bez żadnego powodu wykręciła się żyłka z drutu i miałam ubaw po pachy z łapaniem kilkudziesięciu oczek i kilku rządków. Ta przygoda spowolniła wykańcznie Shipwrecka o kilka tygodni, bo, jak się domyślacie, ręce mi opadły, i tylko dzięki wyraźnej opiece opatrzności nie rozszarpałam robótki na strzępy z rozpaczy.
Ostatnie tygodnie ciąży uczą cierpliwości, oj uczą. Więc nauczona dodłubałam bordiurę do końca i z ulgą odłożyłam druty.
Zastanawiałam się czas jakiś nad metodą zakończenia robótki. Wzór wymagał zakończenia elastycznego, coby brzegi bordiury swobodnie falowały, przypominając morskie fale czy też sieć rybacką. Wahałam się pomiędzy super elastycznym a elastycznym, bo, jak wspomniałam powyżej, zależało mi na efekcie.
Początkowo ambitnie wzięłam się za superelastyczne. Policzyłam z pomocą liczby π, że będę potrzebować ok. 27 metrów włóczki, co też radośnie odmierzyłam i ciachnęłam ze szpuli. Niestety, dopiero wówczas okazało się, że opatrzność zdjęła na chwilę baczność z mej osoby. No bo ciekawe, kto byłby w stanie manewrować igłą i trzydziestometrową nicią.
Skończyło się na zwykłym zakończeniu elastycznym, i dobrze, bo się jeszcze na koniec okazało, że włóczka została ciachnięta jakieś 3 metry za wcześnie.
W każdym razie nastąpił happy end, a szal został zblokowany.

No i teraz Jestem w kropce.
Z jednej bowiem strony jestem absolutnie zakochana w tej bordiurze imitującej sieć rybacką, z tymi koralikami, co tak doskonale udają krople wody. Wyobraźcie sobie tylko te refleksy w dzianinie. Ja się nie mogę napatrzyć, tym bardziej, że w jakiś niewiarygodny sposób udało mi się dobrać koraliki do koloru włóczki. Co i rusz wyciągam Shipwrecka z szafy (dlaczego, o tym dalej) i cieszę swoje oczy tym widokiem. Wyobraźcie sobie też ten chłodny niczym krople wody dotyk setek malutkich koralików - można się poczuć jak syrena albo insza nimfa wodna.

A jednak z drugej strony nie jest dobrze. Moja natura, kochająca rzeczy proste i utylitarne, skowyczy. Po pierwsze - forma szala. Koło. Zupełnie niepraktyczna. Szalenie trudno założyć toto na siebie w taki sposób, by jednoczesnie eksponować urodę rzeczy, by było w niej wygodnie i by spełniała swoja funkcję grzewczą. Po drugie - ażurowy szal, z natury rzeczy akcesorium romantyczne, jest zupełnie nie w moim stylu. Nie mam na Shipwrecka żadnego pomysłu. Nic z mojej szafy do niego nie pasuje, no może poza suknią ślubną, ale to problemu nie rozwiązuje, prawda? Więc wyciągam z szafy, cieszę oczy wyglądem szala i zachodzę w głowę, po cholerę mi takie coś właściwie...
Małżonek usłużnie sączy jad w uszy - "może sprujesz?" Może. Ale może wcześniej znajdzie się ktoś o naturze romantycznej, odpowiednio wyposażonej garderobie i pomyśle, jak nosić szale w kształcie koła.
Tymczasem - oto on, Shpiwreck:
Najpierw "teoria strun":





W trakcie pracy:



Bordiura - detal (koniecznie powiększ to zdjęcie):



Koraliki, koraliki...



Bardzo popularne ujęcie "kanapowe":



...i Shipwreck w całej okazałości:

sobota, 5 czerwca 2010

Odzew

Joasia rzuciła wyzwanie. Strasznie się ucieszyłam, bo lubię takie zabawy i już, już zaczęłam kombinować posta na ten temat, kiedy pomyślałam: "Hola, hola, a cóż ty takiego udziergałaś ostatnio, że się tak palisz do podjęcia tego straszliwego wyzwania?". No więc podsumowanie moich wszystkich prac wychodzi więcej niż blado, bo ja jestem dziergacz gawędziarz, co to więcej o robótkach gada, niż faktycznie dzierga. Dodatkowo taki ze mnie dziergacz, co to dzianin nosić nie lubi. Tak, tak, zdarzają się takie indywidua. Na przykład moja siostra - uwielbia tropić borowiki w puszczy, ale wołami jej nie zaciągniesz do zjedzenia choćby małego grzybka. Tak więc nie dziergam dla siebie, a raczej dla sportu, a co udziergam, to zwykle spruję. Wychodzi więc na to, że proporcja oczek wydzierganych do oczek sprutych oscyluje wokół liczby 1. Małżonek z tego powodu prezentuje zwykle pewien zestaw szyderstw, ale i tak go lubię.

Coś tam jednak udało mi się wydłubać, przy czym są to wyłącznie dodatki, akcesoria, a nie poważne dziergadła. A większość tego, co wydłubałam, poszła w świat i ponoć dobrze się nosi.

Jest jednak pewna rzecz, nieśmiertelna, noszona przeze mnie namiętnie od dwóch sezonów, czyli od udziergania, przy czym foto za wiele nie dokumentuje, poza tym, że dziergadło zostało obnoszone po krakowskim Rynku:

Czapka moja ulubiona. Zrobiona z czystej potrzeby ogrzania uszu oraz dla wprawki w robótkach. Same oczka przekręcone, nieświadomie z resztą, co jednak znalazło zastosowanie praktyczne - czapka się nie rozłazi. Wełna koloru naturalnego z ulubionego sklepiku, podwójna nitka. Czapka jest przykrótka i ma koślawo zrobiony brzeg, ale i tak ją kocham i nie zamienię na inną.

A poza tym - clapotisowa Papuga. Rzecz świeża, więc nie powielam fotek. Noszona z upodobaniem.

Porażek, w związku z tym, co napisałam powyżej, nie pokażę. Porażki na bieżąco unicestwiam ^__-
Za to nowego domu szukają: Shipwreck, o którym wkrótce, oraz dwa szare szale i szaliczek, o których pisałam tutaj.

czwartek, 3 czerwca 2010

Trójkątny apdejt

No, na tym zdjęciu przynajmniej coś widać ^__^
Ostatnio zapomniałam dodać, że szal pochłonął dwa i pół dysku Kashmiru. Właścicielką szala została Mama, ale nie mogłam tego napisać tak wprost 25 maja, bo Mama tu zagląda ;-p



Ps. Być może wkrótce zamieszczę dłuższy wpis, niech no tylko mały Króliczek da mi chwilę ;-p

wtorek, 25 maja 2010

Trójkątny szal Miraldy

Jakiś czas temu zawładnęły mną estońskie wzory. Lubię je, ponieważ są wdzięczne w pracy i zapewniaja oszałamiającey efekt końcowy, o czym można sie przekonać zaglądając na stronę Dagi. Kiedyś zaczęłam jedną rzecz, ale źle dobrałam włóczkę, w związku z czym dziergadło nie rokowało dobrze i udało się do Krainy Wiecznych Kłębków. Nienasycona wzorami estońskimi i niepocieszona postanowiłam otrzeć swe łzy następnym dziergadłem - i oto jest - trójkątny szal Miraldy, robiony wg wzoru z książki "Knitted lace of Estonia":

Zdjęcia niestety są tylko takie, jakie są i lepszych nie będzie. Nie zbywa mi ostatnio na czasie, nawet nie mam kiedy kopnąć się do kiosku po baterie do aparatu, że już nie wspomnę o aranżacji wyrafinowanej sesji zdjęciowej...
Zdradzę jedynie, że dziergadło trafi wkrótce do pewnej drogiej mi osoby - może wówczas pojawią sie bardziej wyględne fotki.
Co do samej pracy, to większość rzędów wzoru jest łatwa do zapamiętania, więc robótka idzie szybko. Lubię z resztą ten typ chust - dziergany od dołu. Nabiera się początkowo krociową ilość oczek, by rząd po rzędzie coraz szybciej zbliżać sie do końca pracy.
Natomiast same pęczki robiły się o tyle łatwo, że robione były z pięciu pętelek, a nie, jak bywa w bardziej koronkowych i zwiewnych projektach - z siedmiu lub nawet dziewięciu.
Co do wzoru to na szczególne wyróżnienie zasługuje ostatnia część, czyli wzór strukturalny. Sam w sobie jest bardzo interesujący, natomiast w zestawieniu z bordiurami pozwala oku odpocząć od tych ażurowych fajerwerków.

Ps. Są jakieś ekshibicjonistyczne plany na 14 czerwca? ;-)

Edytowano:

Gapa ze mnie, zapomniałam o danych technicznych. Szal udziergany został z Kashmiru z Kaszmiru ;-) na drutach 4,5 oraz 4 mm.

wtorek, 4 maja 2010

* * *



Chwilowo będzie tu cicho. Mój czas jest teraz odmierzany w zupełnie niestandardowych jednostkach...

sobota, 17 kwietnia 2010

Papuga opierzona

Dziś krótko i sprawozdawczo: Clapotis alias Papuga skończony, obnoszony i obfotografowany.

W tle świeża wiosenna zieleń w Parku Praskim w Warszawie.

piątek, 16 kwietnia 2010

Straszydła

Przedstawiam dzisiaj kilka sztuk zwłok: zwłoki nowe, zwłoki stare i zwłoki zupełnie nieżywe, przeznaczone do utylizacji. Nazywam je tak wyłącznie z powodu stanu, w jakim się znajdują, a nie z powodu poczucia humoru w złym guście. Stwory owe straszą zwisającymi nitkami oraz ażurami pomarszczonymi jak skórka zepsutego jabłka.

Na początek "Papuga" - skończona i satysfakcjonująca. Wzór Clapotisowy potraktowałam jako ogólną wskazówkę, i zrobiłam z Alizee raczej szaliczek wiosenny, niż efektowny otulacz. Ze wzgledu na swoje właściwości włókno bambusowe dzierga sie trudno na metalowych drutach - na drewnianych byłoby łatwiej. Oczka lubią uciekać, a każde chce sie zrobić innego rozmiaru. Cała dzianina jednak zyskuje na tychże właściwościach, z łatwością dając się efektownie drapować wokół szyi.



Zdjęcia akcesorium w trakcie użytkowania wkrótce, a teraz paście oczy wiosenną feerią barw.






Coś starego - czyli rzecz, którą udało mi sie skonczyć niedługo przed rocznicą wrzucenia jej na druty - czyli bordowy Shipwreck. Utknęłąm na prawie dziesieć miesięcy w ostatnim etapie, żmudnym i nudnym. Żmudnym, bo te cholerne koraliczki, a nudnym, bo "koronka" leci przez czterdzieści rzędów ściegiem "dwa oczka razem, narzut"...
Zamykanie robótki trwało prawie dwie godziny i pochłonęło 28 metrów włóczki. Shipwreck czeka na zblokowanie, wykończenie i stosowną do wagi projektu prezentację.



Ostatnie zwłoki to juz zupełny trup. Wzór ładny i dobrze sie dzierga, włóczka zaś jest niczego sobie, ale do zupełnie innych projektów. Zapędziłam się z robótką o wiele centymetrów za daleko, zanim doszłam do wniosku, że wzór i włóczka nie współgrają, wiele rzędów robotki zajęło mi podjęcie decyzji o nieuniknionym - spruuuć...



Przypomniało mi się, że mam do obfocenia jeszcze jedne zwłoki w trakcie reanimacji (maczek w fioletach, zrobiony w połowie) oraz innego trupa do sprucia - piękne millefiori w nie moim rozmiarze i nie moim kolorze (chociaż sam wzór mi sie bardzo podoba i zrobię go kiedyś jeszcze raz...).

piątek, 9 kwietnia 2010

Papuga - Zenkowi in memoriam

Najpierw o Zenku.
Zenek był papugiem falistym (zielono-żółtym), który długo koegzystował z moją rodziną. Początkowo miał drugiego papuga do towarzystwa, ale ten okres był krótki i się nawet jajek razem nie dochowali (być może sekserzy nawalili, albo się papugi stresowały...). Papuga towarzysząca się przekręciła na drążku i odtąd Zenek był sam. Dłuuugie lata.
Zenek dostarczał nam rozmaitych emocji - od szału morderczego (kiedy ktoś zapomniał Zenka nakryć na noc, a on zrywał się przed piątą by pogadać z wróblami) aż po zachwyty, gdy gubił jedną z tych swoich fantastycznie ubarwionych lotek, w sam raz nadających się na biżuterię z egzotycznym rysem. Był ptaszkiem towarzyskim i inteligentnym. O tym pierwszym świadczyłyżej pogaduszki z dzikim ptactwem zza okna, o tym drugim ilość niepapuzich dźwieków, jakie Zenek potrafił z dzioba wydobywać - a to warczenie i szczeknięcia bawiących się szczeniąt, a to zrzędzenie mojej siostry...
Zenek zszedł z tego świata którejś gorącej nocy letniej, kiedy został sam w domu. Został zeżarty przek kotkę sąsiada, która, po kilku rekonesansach, wdarła się do naszego mieszkania przez lufcik.
Zenek pozostawił po sobie garść rozsypanych gówienek i trochę pierza...
Rodzina rozpaczała... trochę.
Głowa rodziny orzekła - "Tylko nie mówcie nic sąsiadowi, bo zechce odkupić..."
***
"Papuga" z kolei to nazwa mojego nowego dziergadła, właśnie w kolorach zenkowych. Włóczka przeznaczona na ten projekt to Alize Bamboo, 100% włókna bambusowego. Jest to włóczka dość kosztowna, dlatego chodziłam koło tego zakupu około roku. Ale ponieważ od początku sierpnia nie kupiłam żadnej włóczki (poza jedną, pamiątkową, ze szkockiej wyspy Harris, ale o tym kiedy indziej) i nie wydałam nawet złotówki na robótkarskie przydasie, więc sobie pozwoliłam na to szaleństwo.
Dziergadłem wspomnianym jest popularny onegdaj Clapotis - bo mam ochotę na coś prostego ale z pomysłem. Wprawdzie początkowo bałam się pstrokatości, zastanawiałam się, czy papuziozielone barwy są mi przeznaczone, jednak w miarę postępów w pracy jestem coraz bardziej zadowolona (te, które dziergały już Clapotisa z pewnością pamietają, jakiej dzikiej rozkoszy dostarcza upuszczanie oczek ;-]). W tej chwili jestem w 1/3 pracy. Zdjęcia będą, jak znajdę aparat, no bo wiecie, przeprowadzka...
Co do samej włóczki, to sprawdzają się spostrzeżenia forumowiczek - jest ona ciężka, "lejąca" i bardzo śliska. To prawda, że motek rozpada się w rękach na kupkę poplątanych nitek, chyba, że jest się ultraostrożnym. Ja nie jestem, więc profilaktycznie przewijam motki w kłębki.
Rezultaty dłubania w bambusie objawię zapewne "na dniach".
***
Dziękuję za krzepiące komentarze.
Joasiu, możliwe, że Stokłosy są bardziej cywilizowane, niż Imielin czy Kabaty. Ja trafiłam na tą dziką część Ursynowa - o dzikiej zabudowie i dzikich ludziach.
Julito, mnie rozwiązanie nie straszne, ja go oczekuję jak zmiłowania.

piątek, 26 marca 2010

Powtórka z wątpliwej rozrywki, czyli przeprowadzka.

Tak. Znowu przeprowadzka, tym razem już na stałe.
Sierpniowa akcja przeprowadzkowa została przeprowadzona zgodnie z hitchcokowską receptą na doskonały film grozy: "Na początku trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie".
Tamten dzień rozpoczął się od pozytywnego wyniku testu ciążowego, który nami wprawdzie nie wstrząsnął (o, wstrząs nastąpił później ;-) ), ale rozmiękczył emocjonalnie na tyle, że sama akcja przeprowadzkowa dała nam porządnie w kość (a była to przeprowadzka z wydatną pomocą rodziców, co nie jest bez znaczenia dla emocji).
Teraz jesteśmy trochę bardziej odporni, jak sądzę. No i sama zmiana miejsca zamieszkania jest przez nas odbierana jako panaceum, nie jak dopust boży.
Po pierwsze, przeprowadzamy sie na stałe. Po drugie, uciekamy z tej okropnej, odhumanizowanej dzielnicy, jaką jest daleki Ursynów (wiem, że są osoby, które lubią tu żyć - ja nie dałam rady się zaadaptować i mój mąż także). Po trzecie, znowu zamieszkamy w miejscu, z którego blisko jest na Stare Miasto, znowu w masywnym budynku z lat pięćdziesiątych (który, jakkolwiek nie dostarcza wielu wrażeń na gruncie estetycznym, to jednak oferuje nieporównanie wyższy komfort życia, niż, powiedzmy, płytowce).
No i w ekspresowym pakowaniu jesteśmy już wprawieni. Zajmujemy się tym oraz kombinowaniem podstawowego wyposażenia już od paru dni.
Pikanterii całej akcji dodaje fakt, że jestem właśnie w ostatnich tygodniach ciąży i nieobce mi były lęki, co zrobimy, jesli nie zdążymy "przedtem". Ale ponieważ główne działania na "polu bitwy" zaplanowane są na jutro, więc wygląda na to, że damy radę.
Tymczasem dość już strawiłam czasu przed komputerem, czas wrócić między pudła i pudełka.
Jeśli przeżyję, dam znać. ;-)

niedziela, 21 marca 2010

Ostatni dzień zaklinania wiosny



Dziś ostatni dzień Truscaveczkowej zabawy w zaklinanie wiosny, zabawy, która odniosła pewne sukcesy. W ramach zaklinania trzasnęłam jeszcze jedno frywolne jajco, a także machnęłam lekuchny szaliczek z moherkowej włóczki na dziesiątkach. Szaliczek wymaga jednak zblokowania, więc pokazuje go dzisiaj jedynie w charakterze tła.




Wiosna nastała!

środa, 17 marca 2010

Pół żartem...

Wczorajsza audycja "Powtórka z rozrywki" w Trójce obfitowała w metafory o życiu. Znany i lubiany Artur Andrus rozmawiał z nie mniej znaną i lubianą Marią Czubaszek, która na poczekaniu sypnęła metaforą fatalistyczną:

"Życie jest jak nogi - czy się ma długie, czy krótkie - i tak do ziemi"

na co Artur Andrus odpowiedział jej z właściwą sobie nutką pesymizmu, że jej metafora jest bardzo uniwersalna i można ją zastosować również w odwrotną stronę, mianowicie że "życie jest jak nogi - czy się ma długie, czy krótkie, i tak do..."

***
Z innej beczki: poszukuję na polskim rynku włóczki z dużą zawartością wełny na druty nr 6. Nawinęło się wam coś takiego? Macie może jakiś konkretny namiar?

poniedziałek, 15 marca 2010

Czarownicą być - zajęcie nieustające


Czarownica nie może zrażać się niepowodzeniami, złośliwością rzeczy martwych i przeciwnościami losu. Twarda musi być i zdecydowana. Zima okazuje sie być niezwykle oporna i nie chce się wynieśc na południową półkulę Ziemi, gdzie nadchodzi jej czas.


Ale to nic, zaklinamy dalej.
W celu wprawiania rąk do koronki frywolitkowej oraz w ramach akcji pozbywania się zapasów akcesoriów i materiałów robótkarskich ozdobiłam jajco wielkanocne. Wzór kwiatowy a więc wiosenny, wzięty z głowy, czyli z sufitu. Wynik całkiem przyzwoity, jak na PIERWSZĄ RZECZ. Materiał to zwykły kordonek (bodaj Ariadny), jajco rozmiaru gęsiego. Supłało mi się bardzo przyjemnie, aczkolwiek chyba muszę podciagnać współczynniki skrupulatności rękodzielniczej i wciągać niteczki niezwłocznie po wykonaniu motywu, bo łączenie kilku motywów podczas walki z wiszącymi końcówkami to sport ekstremalny.


Wkrótce zaklęć ciąg dalszy.
Dzisiejszy wpis sponsorowany był przez przeciwości losu w postaci przekroczenia limitu szybkiej transmisji danych na moim łączu internetowym. Pamiętacie może modemy telefoniczne? I szybkość przesyłania nimi zdjęć?
No. Czarownica twarda musi być.

piątek, 12 marca 2010

Czarownicą być


Widok za oknem prowokuje do nasilenia starań w ramach akcji zaklinania wiosny.
Temperatura znowu spadła, niebo sie zasnuło czymś szarym, ukradli słońce. Mądra czarownica mogłaby spróbować temu zaradzić.


Na pierwszy rzut oka przedstawione akcesorium wydaje się być typowo zimowym, ale nie dajcie się zmylić. Jak czarownicom wiadomo, źle czaruje się z chrypką, czy wręcz anginą - należy sie zdecydowanie wystrzegać tych dolegliwości, ponieważ żadne zaklęcie nie będzie działać jak trzeba do czasu przywrócenia słowiczego głosu.
Przy zaklęciach bowiem trzeba się wykazać subtelnością, choć także i zdecydowaniem. Tak samo jak przy kobietach z resztą.
Z kobietami i subtelnością kojarzy się powiedzenie "diabeł tkwi w szczegółach". I rzeczywiście, jest tak w przypadku tegoż postu zaklinającego. Szczegółem jest kolor zielony. Nie zbyt jaskrawy ani wyrazisty, zgodnie z prawidłami sztuki czarostwa zanaczony subtelnie i złamany. Oliwka.
Nie wierzycie w czary? Przedstawiam zatem koronny dowód na to, że działały w tym przypadku siły nadprzyrodzone. Akcesorium, zwane Baktusem, powstało z jednego motka włóczki kupionej w koszyku z okazjami nie do przepuszczenia. Dodatkowych zapasów lub możliwości dokupienia włóczki - brak. Odrobina więc czarów plus kombinacja norweska w dzierganiu (trochę podbiec i trochę podskoczyć) i dziergadło, choć na oparach włóczki, udało się skończyć. Zostało mi może z 5 centymetrów...



Ps. Dzisiejszy wpis sponsorowała tubka mleka zagęszczonego o smaku karmelowym.