czwartek, 16 marca 2017

Zszywacz



Przestawił mi się w głowie jakiś prztyczek  ostatnio i chcę swetrów dla siebie. To nie było do tej pory takie oczywiste, że skoro jestem dziewiarką, to mam furę swetrów. Wiadomo, szewc bez butów chodzi.
Na pierwszy ogień zachciało mi się takiego zupełnie zwykłego swetra rozpinanego, dobrego na piesze wycieczki. W dzisiejszych czasach znalezienie wzoru w internetach nie nastręcza większych trudności, więc szybko dość trafiłam na wydanie Knitty z 2013 roku, a w nim na wzór idealnegonajzwyklejszego rozpinanego swetra. Co mnie w nim urzekło? Kontrastowe guziki. Zamierzam sobie zrobić sweter ściśle według wzoru, dokładnie kopiując stylówkę, ponieważ ta stylówka gra unisono z tą nuta, która gra u mnie w głowie. Czyli jest bardzo „moja”.


Wełna na stanie: alpaca dropsa zmiksowana z fabelem dropsa, obie brązowe. Próbka idealna. Druty 4,5 mm, żeby się za bardzo nie napracować. I dzierganie w częściach.

Ja wiem, dziś dzierganie swetra w częściach jest mało popularne. Nikt tego nie chce robić. To wymaga dodatkowej pracy, że już nie wspomnę o zwiększonej liczbie oczek lewych, które tez nie cieszą się powszechną sympatią. Niemniej ja się zdecydowałam i już spieszę się wytłumaczyć.

Otóż motylem to ja nie jestem, tych oczek w obwodzie w jednym rządku muszę przerobić znaczną ilość. Dlatego wolę sobie rozłożyć pracę na etapy. Sweter dziergany w całości szybko przestaje być projektem przenośnym, stąd jak wyżej. A poza tym wszystkim szwy są dobre dla dzianiny, zwłaszcza takiej „zwyklakowej”. Stabilizują ją. Porządkują wizualnie sylwetkę, a to mi akurat pasuje. Dlatego też będę zszywać. O postępach będę donosić na łamach niniejszego bloga.

 

środa, 15 marca 2017

O mikro-drutach

Po ostatnim napadzie dziewiarskim, w efekcie którego powstał lalkowy islandczyk, nabawiłam się, niestety, bolesnej sztywności w barku, która zdyskwalifikowała mnie jako rękodzielniczkę na ponad tydzień. Dolegliwość na szczęście ustąpiła, a ja zamiast brać się za Zszywacz, który mam skończyć najlepiej do końca miesiąca, radośnie pocwałowałam ku prokrastynacji.

Bo Karina, E-wełenka, rzuciła pośrednio temat drutów w mikro rozmiarach. Ja swoje mikro druty kupiłam wieki temu, wydając na nie sporo funduszy, które mogłyby być lepiej ulokowane, ale nie uprzedzajmy faktów.


Jakże błądzi myśl ludzka, jak dziwnie się lęgną inspiracje. Oto znalazłam się wczoraj na sofie, z drutami 1.25 mm i kordonkiem, dłubiąc kolejny sweter w rozmiarze lalkowym. Tym razem kardigan, metodą na C, którą uważam za hicior w lalkowym dziewiarstwie. Idzie całkiem nieźle, biorąc pod uwagę różne przeciwności losu, w dwóch niewielkich osobach, zgłaszających najprzeróżniejsze, nierzadko sprzeczne potrzeby o różnym priorytecie. Wkrótce zatem będę mogła pokazać całość, a tymczasem pozrzędzę.

Okazało się bowiem, że ultra mega grzmoto świetne KnitPro Karbonz to produkt co najmniej rozczarowujący. Ja już widziałam w internetach najróżniejsze ubolewania nad jakością tych drutów w większych rozmiarach, zaopatrzonych w metalowe końcówki. Ponoć odpadają, te końcówki. Nie wiem, takich drutów nie mam, mam te mikro, czyli właściwie same patyczki z włókna węglowego. Fakt, elastyczne, ciepłe w dotyku, wytrzymałe, nie nazbyt śliskie. I niestety, rozszczepiające się.

Jest to cecha, która dyskwalifikuje te druty tak pod względem zdrowotnym jak i użytkowym. Po pierwsze dlatego, że włókna o tych świetnych właściwościach wchodzą w skórę jak w masło, po drugie bo nie da się niczego wydziergać haczącymi wszystko drutami.

Mój poziom irytacji wczoraj dochodził już do krytycznych rejestrów, ale na szczęście nieocenione internety mnie uratowały. Druty w mikrorozmiarach robi Prym (do kupienia na e-bayu), robi też, co mnie zaskoczyło, również Hiya-Hiya. Co zaskoczyło mnie do kwadratu, to że można je kupić w Polsce, a konkretnie u Intensywnie Kreatywnej w Sklep-iku. Temat już nagrany, spodziewam się w najbliższych dniach dostawy. Będzie haul.

środa, 8 marca 2017

Lopapeysa - szybkie podejście

Lubię sobie od czasu do czasu wydziergać coś w miniskali. Najświeższy mój udzierg swą genezę zawdzięcza oczywiście przypadkowi. Przypadkiem trafiłam na ravelry na forum Francess Powell, która jest autorką wzorów dziewiarskich w skali 1:12 i większych też. Przypadkiem nadziałam się na KAL i promocję. I przypadkiem zupełnie miałam w domu włóczkę akurat pasującą dowzoru.


Ten akurat projekt pochłonął mnie całkowicie. Choć obecna byłam fizycznie w domu, domownicy nie uświadczyli wcale mego towarzystwa duchowego przez całe dwa dni, dopóki nie ukończyłam dzieła. Dłubałam przez dwa dni na drutach 2 mm z Fabela, najpierw korpusik i rękawki, potem cały karczek z wzorem teoretycznie w koniki, w praktyce to chyba w sznaucery. Potem była burza mózgu, bo jednak wycięcie szyi wąskie. I albo dzieło w ramki i na ścianę (nadawałoby się bardzo dobrze do tego celu, zapewniam), albo steeking. Euny Yang zapewniła mnie w swoim tutorialu, że cięcie dzianiny to banał. Rzeczywiście, był. Po chwili paniki z powodu rozsnuwających się oczek opanowałam sytuację szydełkiem, wydziergawszy pliski wzdłuż cięcia. Potem jeszcze mini-guziczki i voila: sweter w weekend. 


Swoją droga polecam waszej uwadze to zestawienie kolorów (brązowy, biały, forest). We wzorach wrabianych pasują do siebie tak, ze lepiej się chyba nie da. I przyszło mi do głowy, żeby może z użyciem tych włóczek zrobić coś w pełnej skali. Tylko trzeba poszukać wzoru z konikami ;-)



Edytowane: No i proszę, znalazłam takie coś: 
A najlepsze w tym wszystkim jest to, ze istnieje w sieci darmowy generator wzorów lopapeysa, pod nazwą knittingpatterns.is z instrukcją obsługi z dzisiejszym lingua franca (klik).

piątek, 3 marca 2017

Spowiedź dziewiarki, czyli zestawienie zbiorcze

Ja chyba muszę wszystko hurtem pokazać, bo normalnie blogowanie moje leży i kwiczy. Uwaga, dużo zdjęć i trochę opisów.

Od zeszłego roku popełniłam dwie chusty Justyny: wyrafinowaną Piccadilly i Big Jima w stylu country. Jeżeli chodzi o tę pierwszą, to zdecydowanie nie jest chusta, którą da się robić przed telewizorem, albo ze stadem Hunów uganiających się konno i z łukami po mieszkaniu wielkości znaczka pocztowego. Ona wymaga skupienia i zaangażowania. Przepiękna bordiura jest dziergana według wzoru bardzo trudnego do zapamiętania, dlatego schemat ze wzorem musi być cały czas pod ręką. Za to efekt wart jest całej włożonej pracy, i jest to efekt wow. Włóczka podfarbowana przeze mnie. Z buraczka zrobił się taki jakby burgund, i dobrze. Kolor, niestety, niefotografowalny. Aparat głupieje od tego zestawienia kolorystycznego. Czerwony pasek z AlpakiSilk Dropsa, szlachetna czerwień, a nie oranż...


Jeżeli chodzi o Big Jima, to moja wersja jest robiona z polskiej wełny, a więc nie jest to przytulas, jeśli wiecie, co mam na myśli. Kontrastowe wstawki są zrobione z tej samej wełny, autorsko pokolorowanej przez skromną osobę autorki niniejszego bloga. Gdyby wełna była przystępniejsza, byłby hicior, a tak – trzymamy się na dystans, przez kurtkę z kapturem. Z frędzli zrezygnowałam, podobają mi się te czyste linie. W czasie pracy mocno kusił mnie pomysł przerobienia Big Jima na kocyk, gdyby mi kiedy przyszło do głowy rzeczywiście robić kocyk. Co dziwne, z tego co donosi ravelry, jeszcze nikt się nie zdecydował na kocyfikację tej chusty. 

Kolejna rzecz, to pulowerek dla dziecka młodszego, bo miało akurat taką potrzebę. Tym razem wypróbowane już Dunes z użyciem Fabela Dropsa. Jest to włóczka cieńsza, niż wzór przewiduje, dlatego dziergałam według instrukcji dla rozmiaru na czterolatka. Niespełna trzylatka nosi z upodobaniem, a użyta włóczka gwarantuje przeciwpancerną jakość (zadowolona z efektu obkupiłam się w fabele jak nieprzytomna, na tapecie jeden „dorosły” sweterek i dwa „dzieciowe” w planach).


Sezon jesienno-zimowy upłynął pod znakiem drobiazgów, niezbędnych do uzupełnienia zimowej stylówy, jak to rękawiczki wg wzoru Dropsa z włóczek z zapasów, 

Hello Kitty w wersji eksperymentalnej, z Nepala, z pikotkami i rzędami skróconymi dla ochrony uszu (działają świetnie!)*,

chusta Close to you (Justyno, uwielbiam twoje wzory), z Merino Bamboo, pomalowanego elegancko przez Martę z Zagrody (wiskoza bambusowa daje delikatny, luksusowy połysk tej włóczce),

czapy na zamówienie, czyli gigantyczny pompon
i szerszeń (jakość zdjęć ziemniaczana, bo i ziemniakiem były zdjęcia robione)



Przed świętami wyrobiłam się jeszcze ze świateczną serwetą szydełkową, nic skomplikowanego, po prostu gwiazda, pokazywana wcześniej w klimatycznym ujęciu

a także lalkowe kreacje.

Następnie zrobiłam dwa Valanary wg wzoru Eleny Nodel, noszone entuzjastycznie przeze mnie i córę oraz kominiarę, zamówioną i równie entuzjastycznie noszoną przez dziecię starsze. Kominiara jest w wersji eksperymentalnej, będę nad nią jeszcze pracować, bo ma potencjał. 


Na sam koniec zimy ekspresowo wręcz trzasnęłam tęczową strzałę, wzór z niczego, czyli z głowy. Zabawne, jak by mi się teraz przydała trygonometria, gdybym cokolwiek jeszcze pamiętała ze szkoły. Założę się, że da się obliczyć, ile włóczki (zakładając ze mamy ograniczoną ilość) można zużyć w pierwszej części pracy, by bezpiecznie można było dojść do końca w drugim etapie.

I to tyle, aż tyle rzeczy dzierganych niezaraportowanych. Pytanie brzmi, gdzie jestem, kiedy nie ma mnie tu, na blogu? Jestem na forach Ravelry, które zaspokajają moją potrzebę ekshibicjonizmu i kontaktów z damami dziergającymi.



*) I made pussycat hat before it was cool!