piątek, 13 listopada 2009

Czapka

Popełniłam czapkę niemowlęcą, obiecaną siostrze i siostrzenicy już dobre pół roku temu. Wtedy jeszcze, kiedy każda robótka dziewiarska paliła mi się w rękach, a ja spędzałam czas poświęcony na urzędniczą poranną kawę na szukaniu nowych ciekawych wzorów, wielu wzorów, całego multum wzorów na druty.

Wykonanie czapki stanowiło próbę oswojenia się z włóczką, drutami i mozolnym przerabianiem oczek po dwóch miesiącach absolutnego wstrętu. Oswajanie szło opornie, lecz na szczęście okazało sie, że wolę miałam wówczas silniejszą, niż uprzedzenie, a więc rzecz udało się skończyć (choć przyznaję, ostatnie oczka i wciaganie nitek odbyło sie w zwwyżkującym poczuciu obrzydzenia).

Czapeczka okazala się być bardzo ładnym kawałkiem dzianiny, zrobionym z mięciutkiej włóczki wełnianej z homeopatyczną domieszką jedwabiu. Włoczkę pozyskałam sto lat temu w moim ulubionym sklepiku, o którym już parę razy wspominałam. Czapeczka jest błękitna, z dwoma białymi paseczkami przy brzegu (czółku?), wykończona trzema fredzlami wykonanymi w technice i-cord.

Czemu tak piszę i piszę o czapce, a nic nie pokazuję? Otóż jedyną fotkę, i to oburzająco złej jakości, udało mi sie trzasnąć aparatem z telefonem, bo akurat aparat solo nie wykazywał chęci współpracy. Natomiast mój komputer dośc długo już wyszukuje oprogramowania, dzięki któremu mogłabym dostać się do zdjęc w telefonie-aparacie, więc dzisiaj chyba nie ma co liczyć na wklejenie stosownej fotografii.

Niemniej jednak, czapeczka nie była stuprocentowym sukcesem, a zaledwie, powiedzmy, osiemdziesięcioprocentowym. Otóż okazało się, że dziecię mojej siostry posiada czerep o objętości przekraczającej 60 oczek, przerobionych drutami rozm. 3.5, włóczką przeznaczoną na druty rozm. 4. Zatem, zamierzony luz pod czapką okazał sie fikcją. Czapka, niestety, jest akurat, czyli lekko za mała (jesli wziąć pod uwagę dynamikę wzrostu niemowlęcia).

Zatem czeka mnie powtórka z rozrywki...

wtorek, 10 listopada 2009



Lucyna uznała, że warto, mieć mieć oko na mojego bloga. Dzięki, Lucyno, za to wyróżnienie i za rozbudzenie motywacji do blogowania. Ja sama zaś nie będę przekazywać pałeczki, bo po pierwsze mam oko na wiele różnych miejsc w sieci, a po wtóre zabawa ta przewinęła sie falą po wszystkich blogach, które odwiedzam, już bodaj trzykrotnie w ostatnich dwóch miesiącach.
***
Poza tym, tak blogiem a prawdą, trochę mnie te zabawy blogowe irytują. Ja wiem, sobek jestem i samotnik, typ blogera aspołeczny. Człowiek chcąc nie chcąc (zwykle nie chcąc) trafia w wir dziwacznych zdarzeń, zostaje zmuszony do dokonania dziwacznych wyborów, zróżnicowania znajomych na lepszych i lepsiejszych i bez przekonania multiplikuje treści w sieci.
***
Hm, znowu krytyka... Coraz częściej mi sie zdarza. Ciekawe, czemu mi się taki "tryb radykalny" włączył...

wtorek, 20 października 2009

Wracam do siebie...

Jakoś gorzej mi idzie blogowanie ostatnio...
Już od dłuższego czasu przymierzałam się do napisania kolejnego postu, bo temat, owszem, jest. Tylko z weną jakby słabiej...Wycofałam się ostatnio z wiekszości miejsc w sieci, z rzadka zaglądam na Ravelry. Nie chodzę do kina, ulubionego mojego Iluzjonu. Rzadziej spotykam się ze znajomymi.

Jesień. Ale nie tylko.
Przecież same zmiany pór roku nie powodują takich zmian u względnie stabilnych osób. Zmiana zamieszkania także, chociaż konieczność codziennego dojeżdżania do pracy może wymazać każdy ślad dobrego nastroju, jaki powstał przy porannej herbacie.
Prawda jest taka, że zmian w moim życiu jest daleko więcej, niż można to było przypuszczać w sierpniu. Nasza rodzina powiększy się na wiosnę.
Oto przyczyna nieprzyjemnych wspomnień z urlopu w Szkocji, awersji do drutów, włóczek i dziergadeł (zwłaszcza o grubych splotach warkoczowych...), niechęci do aktywności towarzyskiej i tak dalej i temu podobne...
Mogę jedynie liczyć, że skoro wena wróciła z wakacji i umożliwiła mi sklecenie tego pościka, skoro nie robi mi się już tak wyraźnie niedobrze na widok dzianin na wystawach sklepowych i skoro powoli wracam do rozmaitych miejsc w sieci, to wszystko idzie ku dobremu.
Oby.

poniedziałek, 14 września 2009

Poronione projekty

Czasami, podczas przeglądania sieci w poszukiwaniu inspiracji, natrafiam na projekty kuriozalne, czasem niedopracowane, a czasami po prostu... poronione. Można sie czasem zastanawiać, co autor projektu miał na myśli.
Za przykład niech posłuży ten projekt (mało czytelne zdjęcie przedstawia kamizelkę ze ściagaczowym karczkiem i dołem przerabianym wzorem, który Dagi nazwała "naparstnica"):
http://www.wilferts.dk/shop/index.php?act=viewProd&productId=21

Pierwsze, z czym mi się skojarzył, to okładka płyty „Delicate sound of thunder” Pink Floyd.


Potem przyszła mi na myśl Diana z Efezu i wszystkie starożytne przedstawienia multipiersiastych bogiń.



Najgorsze w przypadku tego projektu jest to, że brakuje dopisku, czy projekt jest na poważnie, czy tak dla jaj. Czy projektant nie wykazał się wyobraźnią, czy przeciwnie, forma kamizeli ma jakieś przesłanie ideologiczne, na przykład ultrafeministyczne.
Jeżeli to drugie, to można artyście projektantowi wybaczyć.
Jeżeli to pierwsze, ów artysta powinien spłonąć na stosie. Howgh!



PS: Jestem ostatnimi czasy mało aktywna, jeśli chodzi o robótkowanie.
Zaglądam wprawdzie na druciarskie blogi, ale nie jestem w stanie wykrzesać z siebie inwencji, by wrzucić jakiś komentarz, zsocjalizować sie ze środowiskiem... Nie mogę patrzeć na włóczkę.
Prowadzę ostatnio zbyt ciekawe życie, jak w chińskim przysłowiu/przekleństwie...

czwartek, 3 września 2009

Długo się nie odzywałam... Nie było czasu, by zebrać myśli, nastroju, by je ubrać w słowa.
Przez ostatnie trzy tygodnie wydarzyło się wiele rzecz.

Po pierwsze, Przemek uznał mój blog za wart uwagi. Bardzo Ci dziękuję Przemku ta to wyróżnienie. Reguły zabaw blogowych przewidują, że odznaczony w zabawie przekazuje pałeczkę dalej. Ja jednak wyłamię się z tej sztafety, ponieważ musiałabym wskazać na wszystkie osoby, których blogi czytam.

Po drugie, w piątek wróciłam z urlopu w Szkocji. Przyznam, że wyjazd „dał mi trochę w kość”. Zapewne nieprędko udam się znowu do kraju anglosaskiego. Nie podoba mi się tamtejsza atmosfera, tamtejsze jedzenie i tamtejsze mądre wynalazki typu dwa krany nad jedną umywalką, jeden z wrzątkiem, drugi z lodowatą wodą...
Podobały mi się za to morskie wybrzeża, górskie prawie bezdroża (drogi były: jednopasmowe dwukierunkowe, z mijankami), i stada kompletnie wyluzowanych, malowanych owiec.

Po trzecie, na drutach niewiele się dzieje. Podczas wyjazdu zaczęłam szaliczek z ażurowym liściastym motywem, z gryzącej wełny w pięknym jesiennym kolorze. Od tamtego czasu nie mam weny. W ogóle mnie do wełny nie ciągnie. Możliwe, że ciągle nie rozpakowane po przeprowadzce pudła rozpraszają moja uwagę twórczą. Możliwe...