Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knitting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knitting. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 21 maja 2019
wtorek, 7 maja 2019
Strzałka na chandrę
Gdy dopada mnie chandra, muszę zażyć koloroterapii. Dla poratowania nastroju, potrzebny mi mały choćby sukces, odrobina satysfakcji z ukończenia projektu, z uszczknięcia zapasów włóczkowych, poczucia pożyteczności.W takich okolicznościach powstała ostatnia moja strzałka.
Przywiozłam sobie dwa lata temu zza oceanu kilka motków na pamiątkę wycieczki. Kupiłam je w sieciówce kreatywnej Michael's. O, kiedy takich sieciówek się doczekamy? Na razie mamy tylko Empiki i Tigery z bardzo ubogą ofertą.
Włóczka nazywa się Shawl in a ball i tym jest w istocie. Zawiera 150 gramów cudacznej nitki akrylowo-bawełnianej w kolorze Restful rainbow. Przez prawie dwa lata próbowałam wymyślić dla niej zastosowanie, nawet zaczęłam robić z niej wirusa na szydełku. Jednak duże oczka i dziury w wirusie nie spodobały mi się, więc postanowiłam zrobić coś prostego, w czym uroda włóczki zostanie pokazana w pełnej krasie, i jednocześnie coś, co nie zabija nudą, jak również dobrze się nosi. A więc strzałka.
Moja strzałka wyszła dość symetryczna dzięki patentowi podpatrzonemu na blogu blueberrybeck i zmodyfikowanemu według własnej intuicji. W podstawowej wersji wzoru w drugiej części chusty wzdłuż "kręgosłupa" odejmuje się oczka w co drugim rzędzie (przykładowo 3 razy na każde 6 rzędów). Autorka bloga blueberyybeck odejmuje oczka w każdym rzędzie (a więc 6 razy na 6 rzędów). Ja zaś postanowiłam trochę zmniejszyć dynamikę odejmowania oczek i odejmować je po 4 razy na każde 6 rzędów. Dzięki temu po zdjęciu z drutów chusta miała regularny kształt.
Z dwóch motków włóczki zostało mi jeszcze około 100 gramów włóczki, a zatem kroi się mała strzałeczka dla dziecka. Ale to innym razem.
środa, 15 marca 2017
O mikro-drutach
Po ostatnim napadzie dziewiarskim, w efekcie którego powstał
lalkowy islandczyk, nabawiłam się, niestety, bolesnej sztywności w barku, która
zdyskwalifikowała mnie jako rękodzielniczkę na ponad tydzień. Dolegliwość na
szczęście ustąpiła, a ja zamiast brać się za Zszywacz, który mam skończyć
najlepiej do końca miesiąca, radośnie pocwałowałam ku prokrastynacji.
Bo Karina, E-wełenka, rzuciła pośrednio temat drutów w mikro rozmiarach. Ja swoje mikro druty kupiłam wieki temu, wydając na nie sporo funduszy, które mogłyby być lepiej ulokowane, ale nie uprzedzajmy faktów.
Jakże błądzi myśl ludzka, jak dziwnie się lęgną inspiracje. Oto znalazłam się wczoraj na sofie, z drutami 1.25 mm i kordonkiem, dłubiąc kolejny sweter w rozmiarze lalkowym. Tym razem kardigan, metodą na C, którą uważam za hicior w lalkowym dziewiarstwie. Idzie całkiem nieźle, biorąc pod uwagę różne przeciwności losu, w dwóch niewielkich osobach, zgłaszających najprzeróżniejsze, nierzadko sprzeczne potrzeby o różnym priorytecie. Wkrótce zatem będę mogła pokazać całość, a tymczasem pozrzędzę.
Okazało się bowiem, że ultra mega grzmoto świetne KnitPro
Karbonz to produkt co najmniej rozczarowujący. Ja już widziałam w internetach
najróżniejsze ubolewania nad jakością tych drutów w większych rozmiarach,
zaopatrzonych w metalowe końcówki. Ponoć odpadają, te końcówki. Nie wiem,
takich drutów nie mam, mam te mikro, czyli właściwie same patyczki z włókna
węglowego. Fakt, elastyczne, ciepłe w dotyku, wytrzymałe, nie nazbyt śliskie. I
niestety, rozszczepiające się.
Jest to cecha, która dyskwalifikuje te druty tak pod
względem zdrowotnym jak i użytkowym. Po pierwsze dlatego, że włókna o tych
świetnych właściwościach wchodzą w skórę jak w masło, po drugie bo nie da się
niczego wydziergać haczącymi wszystko drutami.
Mój poziom irytacji wczoraj dochodził już do krytycznych
rejestrów, ale na szczęście nieocenione internety mnie uratowały. Druty w
mikrorozmiarach robi Prym (do kupienia na e-bayu), robi też, co mnie
zaskoczyło, również Hiya-Hiya. Co zaskoczyło mnie do kwadratu, to że można je
kupić w Polsce, a konkretnie u Intensywnie Kreatywnej w Sklep-iku. Temat już
nagrany, spodziewam się w najbliższych dniach dostawy. Będzie haul.
piątek, 3 marca 2017
Spowiedź dziewiarki, czyli zestawienie zbiorcze
Ja chyba muszę wszystko hurtem pokazać, bo normalnie
blogowanie moje leży i kwiczy. Uwaga, dużo zdjęć i trochę opisów.
Od zeszłego roku popełniłam dwie chusty Justyny:
wyrafinowaną Piccadilly i Big Jima w stylu country. Jeżeli chodzi o tę
pierwszą, to zdecydowanie nie jest chusta, którą da się robić przed
telewizorem, albo ze stadem Hunów uganiających się konno i z łukami po
mieszkaniu wielkości znaczka pocztowego. Ona wymaga skupienia i zaangażowania.
Przepiękna bordiura jest dziergana według wzoru bardzo trudnego do
zapamiętania, dlatego schemat ze wzorem musi być cały czas pod ręką. Za to
efekt wart jest całej włożonej pracy, i jest to efekt wow. Włóczka podfarbowana przeze mnie. Z buraczka zrobił się taki jakby burgund, i dobrze. Kolor, niestety, niefotografowalny. Aparat głupieje od tego zestawienia kolorystycznego. Czerwony pasek z AlpakiSilk Dropsa, szlachetna czerwień, a nie oranż...
Jeżeli chodzi o Big Jima, to moja wersja jest robiona z
polskiej wełny, a więc nie jest to przytulas, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Kontrastowe wstawki są zrobione z tej samej wełny, autorsko pokolorowanej przez
skromną osobę autorki niniejszego bloga. Gdyby wełna była przystępniejsza,
byłby hicior, a tak – trzymamy się na dystans, przez kurtkę z kapturem. Z
frędzli zrezygnowałam, podobają mi się te czyste linie. W czasie pracy mocno
kusił mnie pomysł przerobienia Big Jima na kocyk, gdyby mi kiedy przyszło do
głowy rzeczywiście robić kocyk. Co dziwne, z tego co donosi ravelry, jeszcze
nikt się nie zdecydował na kocyfikację tej chusty.
Kolejna rzecz, to pulowerek dla dziecka młodszego, bo miało
akurat taką potrzebę. Tym razem wypróbowane już Dunes z użyciem Fabela Dropsa.
Jest to włóczka cieńsza, niż wzór przewiduje, dlatego dziergałam według
instrukcji dla rozmiaru na czterolatka. Niespełna trzylatka nosi z upodobaniem,
a użyta włóczka gwarantuje przeciwpancerną jakość (zadowolona z efektu
obkupiłam się w fabele jak nieprzytomna, na tapecie jeden „dorosły” sweterek i
dwa „dzieciowe” w planach).
Sezon jesienno-zimowy upłynął pod znakiem drobiazgów,
niezbędnych do uzupełnienia zimowej stylówy, jak to rękawiczki wg wzoru Dropsa
z włóczek z zapasów,
Hello Kitty w wersji eksperymentalnej, z Nepala, z pikotkami
i rzędami skróconymi dla ochrony uszu (działają świetnie!)*,
chusta Close to you (Justyno, uwielbiam twoje wzory), z
Merino Bamboo, pomalowanego elegancko przez Martę z Zagrody (wiskoza bambusowa
daje delikatny, luksusowy połysk tej włóczce),
czapy na zamówienie, czyli gigantyczny pompon
i szerszeń (jakość zdjęć ziemniaczana, bo i ziemniakiem były
zdjęcia robione)
Przed świętami wyrobiłam się jeszcze ze świateczną serwetą
szydełkową, nic skomplikowanego, po prostu gwiazda, pokazywana wcześniej w
klimatycznym ujęciu
a także lalkowe kreacje.
Następnie zrobiłam dwa Valanary wg wzoru Eleny Nodel, noszone
entuzjastycznie przeze mnie i córę oraz kominiarę, zamówioną i równie
entuzjastycznie noszoną przez dziecię starsze. Kominiara jest w wersji
eksperymentalnej, będę nad nią jeszcze pracować, bo ma potencjał.
Na sam koniec zimy ekspresowo wręcz trzasnęłam tęczową
strzałę, wzór z niczego, czyli z głowy. Zabawne, jak by mi się teraz przydała
trygonometria, gdybym cokolwiek jeszcze pamiętała ze szkoły. Założę się, że da
się obliczyć, ile włóczki (zakładając ze mamy ograniczoną ilość) można zużyć w
pierwszej części pracy, by bezpiecznie można było dojść do końca w drugim
etapie.
I to tyle, aż tyle rzeczy dzierganych niezaraportowanych.
Pytanie brzmi, gdzie jestem, kiedy nie ma mnie tu, na blogu? Jestem na forach
Ravelry, które zaspokajają moją potrzebę ekshibicjonizmu i kontaktów z damami
dziergającymi.
*) I made pussycat hat before it was cool!
piątek, 16 stycznia 2015
Kominek plus coś na kształt noworocznego postanowienia
Tak mnie naszło na uzupełnianie zaległości. Tym razem prezentuję komin, popełniony jesienią. Przepis jest prosty: bierzesz włóczkę, która zalega ci w szafie od lat i wypada na ciebie za każdym razem, kiedy tą szafę otwierasz. Sprawdzasz, czy wzór, który chodzi ci po głowie od miesięcy zagra z tą włóczką. Dziergasz.
Forma prosta, wzór stokrotek gra pierwsze skrzypce, włoski włóczki lekko usztywniają całość.
Zaadaptowanie wzoru stokrotek do dziergania w okrążeniach stanowiło pewne wyzwanie. Koniec końców mi się udało, ale nie pytajcie mnie, jak to zrobiłam, bo sama nie wiem, czy zdołam powtórzyć taki wyczyn. Tak się po prostu zrobiło i już. Sama włóczka to puchaty budyń bez metki z second handu. Nie podejrzewam jej o dużą zawartość włókien naturalnych. Robione na drutach 5 mm, o ile się nie mylę.
A z innej beczki:
Trafiłam w sieci na patent na opanowanie zapasów włóczkowych, mianowicie włóczkową dietę. Najpierw robi się inwentaryzację i waży całe zapasy (lub przynajmniej kataloguje w uporządkowany sposób - to stan wyjściowy. Na koniec roku podsumowuje się ilość "kalorii zużytych", czyli wagę udziergów i porównuje z ilością "kalorii pobranych", czyli z zakupami.
I ja właśnie zamierzam sobie taką włóczkową dietę zaordynować. Tak więc trochę zabawy przede mną (i przed dzieciakami, oczywiście - nic bez małych pomocników w domu dobyć się nie może, niestety).
Etykiety:
cowl,
daisy stitch,
druty,
knitting,
komin,
mohair,
moher,
neckwarmer,
stokrotki
środa, 14 stycznia 2015
Czapkowa pogoda
Mamy wciąż czapkową pogodę, więc czapkę zrobiłam. Akurat ta czapka jest świetna na obecne +7 stopni. Miło otula, nie grzeje za bardzo. Milutkie mięciutkie zagospodarowanie jednego motka Baby Merino od Dropsa. Mówiąc szczerze jeszcze nigdy nie zrobiłam nic dla siebie z tej włóczki, ale koniecznie muszę nadrobić ten temat, bo to bardzo dobra włóczka.
Wzór jest perfekcyjny - od włoskiego nabierania oczek (dającego "sklepowy wygląd" ściągaczowi), przez subtelny i interesujący wzór na otoku aż do ładnego i sprytnego zakończenia czapki. Żadnych niedoróbek.
No i cóż ja jeszcze mogę dodać? Może tylko to, że jestem przeszczęśliwa z tego powodu, ze od wrzucenia robótki na druty do wrzucenia relacji na blogaska, po drodze z przyzwoitą, choć krótką sesją fotograficzną, nie minął nawet tydzień. A to się ostatnio nie zdarzało. Jest światełko w tym tunelu i chyba to nie pociąg.
Pozdrawiam was, moi czytelnicy i do następnego wpisu.
poniedziałek, 22 września 2014
Chłodniej, nie?
Tak to już bywa, że po lecie zaczyna się jesień. Chłód się zakrada, wypełza z zakamarków. Ale my się chłodu nie boimy bo grubaśne swetry mamy. Mamy mianowicie Big Cable według projektu Justyny Lorkowskiej, który bardzo sobie chwalimy:
Mój sweter powstał z włóczki Merino Bulky Yarn Artu - i jest to bardzo dobre zagospodarowanie materiału kupionego lata temu, którego przekładanie z jednego miejsca w drugie zaczęło być już denerwujące. Tak wiec to pierwszy powód do zadowolenia. Drugi jest taki, że bardzo chciałam mieć w swej garderobie taki ocieplacz, ale się nie składało. Do czasu, aż Justyna ogłosiła testowanie nowego wzoru. Nic przecież nie działa tak motywująco, jak termin zakończenia testu, prawda?
Trzeci powód do zadowolenia jest taki, że Big Cable dzierga się w mgnieniu oka. Moja wersja powstała na drutach 8mm i 6 mm.
Obecnie jest to moje ulubione okrycie - w sam raz do samochodu czy na szybkie zakupy. Spełnia także okazjonalnie funkcje kocyka dziecięcego. Same plusy.
To jeszcze na koniec dodam, że akurat dzisiaj Justyna ogłosiła pomocję na swoje wzory, warto zajrzeć, a nuż?
Ps, o trupie będzie kiedy indziej, a wsiąkacz zamieni się raczej w tradycyjne spodenki, bo mi się po drodze odwidziało.
Do następnego.
czwartek, 3 kwietnia 2014
Nadal wiosennie, czyli mały zielony
Nadal wiosennie, bo w zielonym kolorze, z żółtym akcentem, czyli prawie jak łąka z małym kaczeńcem.
Sweterek powstał według tego wzoru:
z wełny Merino Extra Fine Dropsa. Sweterek powstał z potrzeby chwili. Urodziła nam się Córa, od razu wyrośnięta, z co mniejszych rzeczy. Ze sweterka, który wydziergałam przed jej urodzeniem również. Machnęłam więc większy w międzyczasie.
Jeśli chodzi o włóczkę, jest bardzo dobra. Miękka, niegryząca, mięsista. Daje ładne, równe oczka i nie rozwarstwia się. No i można prać ją w pralce.
Jeśli chodzi o włóczkę, jest bardzo dobra. Miękka, niegryząca, mięsista. Daje ładne, równe oczka i nie rozwarstwia się. No i można prać ją w pralce.
Wzór również ładny, chociaż mało szczegółowy. To znaczy, po rozdzieleniu rękawów i tułowia dziewiarka musi zdać się na własne wyczucie. Ja miałam akurat łatwiej, bo Modelka pod ręką, mogłam przymierzać do woli. Nie trzymałam się też ściśle treści wzoru, posiłkowałam się wskazówkami użytkowniczki sofiecat. tak, by otrzymać rękawki trochę szersze a tułów węższy, przez co sweterek jest lepiej dopasowany.
Etykiety:
baby,
cardigan,
Drops Merino extra fine,
druty,
knitting,
niemowlęce,
sweter
niedziela, 7 kwietnia 2013
Nareszcie sweter!
Nareszcie pokazuję coś gotowego, coś mojego, coś fajnego. Tym razem to sweter według wzoru autorstwa Justyny - Lete. Przez cały marzec w tajemnicy i w pośpiechu "przedzierałam się przez wydmy", bo zdaje się że pustynne wydmy były inspiracją Justyny. Dałam się uwieść jej wykonaniu i zrobiłam swój również w kolorze niczym piaski Sahary czy inne kudły wielbłąda.
Shifting jest dziergadłem interesującym, nie nazbyt męczącym, czyli takim, jak wszyscy lubią. W zasadzie całość, poza podkrojem szyi, da się zrobić przed telewizorem (przy filmach kopanych czy innych zabijacko-napadacko-skradackich), o ile się ma dobry znacznik rzędów (u mnie czerwona nitka przeplatana co trzeci rząd). Chociaż raz się zagapiłam i musiałam robić korekty w trzech rzędach poniżej. Dziwna sprawa, ale przegapiłam rząd w którym plecie się te warkocze...
Na sweter zeszło całe 500 gram Reginy (z Adriafilu). Muszę zamówić jeszcze motek, bo zabrakło mi na dwa centymetry ściągacza w mankietach, a i rękawy od łokcia muszę zrobić jeszcze raz. Poza tym pierwszy raz robiłam na drutach Addi i rzeczywiście, robi się bardzo przyjemnie, a komfort pracy z elastycznymi żyłkami szybko uzależnia. Decyzja zapadła - stopniowo wymienię swój park maszynowy.
piątek, 8 marca 2013
Kung fu - czyli trzecia
Trzecia kamizelka urodzinowa wg. wzoru Lete. Jak nie robię powtórek, bo nie lubię nudy, tak Urodzinową co jakiś czas popełniam. Wzór jest po prostu genialny. Nie nazbyt nudny, nie nazbyt trudny, nie wymaga wiele wykończeniówki. Jest świetną ramą dla kreatywności.
Tym razem Urodzinową zrobiłam na szaro. W planie jest aplikacja przypominąjaca Jawę 50, albo jakąś inną wueskę, ale to dopiero jak się ogarnę z bieżącymi zadaniami (psst... to tajemnica!).
Jak zapowiadałam, projekt był robiony w ramach kung-fu. Lubię przy każdym projekcie ulepszać swoja technikę, poznawać nowe patenty. Tym razem zwróciłam baczna uwagę na łączenia kolorów - uskoki są prawie niewidoczne, również przy pliskach robionych ściegiem francuskim. Poadto pierwszy raz zastosowałam patencik na ładne zamykanie robótki, tak aby połączenie okrążenia nie było widoczne.Niby banał, każda dziewiarka robi to intuicyjnie swoim sposobem, ale ten(klik) bardzo mi się spodobał.
No i na ostatek nie mniej ważna rzecz - ładne wykończenie dekoltu. W dotychczasowych egzemplarzach szpic dekoltu wyciagał nieładnie dzianinę do góry, co bezlitośnie obnażał pasiasty układ kolorów. Okazało się, że zazwyczaj przyjęta przeze mnie proporcja dobierania oczek z brzegu dzianiny, czyli 2:3, nie działała - dobranych oczek było za mało. Dla tego projektu przyjmuje się proporcję 3:4, czyli 3 oczka dobrane na 4 rzędy dzianiny. I wyszło zadowalająco.
Szarą Urodzinową poszerzyłam o 10 oczek względem wzoru kierując się doświadczeniem. Dotychczasowe były dość wąskie, przez co "starczały na krócej" (bo dzieciaczki rosną baaardzo szybko). W rezultacie otrzymałam ubranko trochę za duże, do noszenia od jesieni. Ale kto by się tym przejmował ;-)
Kamizelka wydziergana została z Cashmiry od Alize. Zużyłam 160 gramów.
Etykiety:
Alize Cashmira,
druty,
knitting,
Lete,
Urodzinowa,
vest
wtorek, 19 lutego 2013
Koronki
Piękna katastrofa, prawda? Pasiak okazał się po prostu za mały, zatem wszelkie wątpliwości na temat pasków i uskoków zostały przecięte jednym uderzeniem miecza, że sie tak literacko wyrażę.
Dziś wrzucam na druty powtórkę, będę kombinować z uskokami. Może tym razem wyjdą satysfakcjonująco.
sobota, 16 lutego 2013
Co z tymi paskami?
Z różnych względów często robię rzeczy pasiaste. Wybór wzoru determinują zazwyczaj dostępne zapasy włóczki, a poza tym - lubię paski. Sporo rzeczy dziergam bezszwowo, naokoło, bo tak jest zdecydowanie szybciej. Wykończenie takiej dzianiny teoretycznie to minuta osiem.Oszczędza się dodatkowe blokowanie i zszywanie.
Lubię ładnie wykończone rzeczy, więc obczaiłam w necie różne patenty na zmianę koloru w dzianienie-tubie bez uskoku, który mocno psuje efekt. Jeśli chodzi o dziewiarskie sztuczki, najlepszym chyba źródłem jest strona TECHknitting, a post o paskach jest tu (klik) (a tu nowsza wersja postu, z ładniejszymi fotkami)
Pierwsza rzecz, w której zastosowałam trik to pierwsza pasiasta kamizelka Króliczka. Tam co do zasady przy zmianie koloru przerabiałam pierwsze okrążenie normalnie, w kolejnym przesuwałam pierwsze oczko rzędu bez przerabiania. Udało się to całkiem nieźle, ale kosztowało sporo. Każda zmiana koloru to buło cięcie nitki i doczepianie nowej, a w rezultacie milionpińcet nitek do wszywania. Ktoś mógłby postukać się w czółko na takie wyznanie, ale, jak dowiecie się w dalszej części, w tym szaleństwie jest metoda.
Niestety, nie mam pod ręką zdjęć "szwu" tamtej kamizelki. Jak ją znajdę, obiecuje obfocić i uzupełnić post.Kolejny pasiak to Urodzinowa. Tu - ten sam myk. Mój wewnętrzny len kombinował i próbowałam zmieniać kolorki w okrążeniach bez ciachania nitki, ale się poddałam po którymś tam pasku. Trudno jest wyregulować napięcie nieużywanej aktualnie nici tak, by myk z podnoszeniem oczka wyszedł zadowalająco, a i dzianina porządnie wyglądała.
Kiedy robiłam kolejnego pasiaka, mój wewnętrzny leń nie dawał mi spokoju. Postanowiłam wypróbować patent z "wędrującym" początkiem okrążenia. Rzecz polega na tym, że oprócz tego, że w drugim okrążeniu danego koloru podnosi się pierwsze oczko bez przerabiania, to każdy nowy kolor zaczyna się oczko dalej. W pasiaku, który widzicie niżej, nie cięłam nitki, przekładałam ją po lewej stronie robótki. Niestety, zmiana koloru nie jest niewidoczna, a zaistniał dodatkowy efekt w postaci "wędrującego uskoku":
Ponadto to częste przesuwanie oczek bez przerabiania podciąga do góry dolny brzeg dzianiny. Owszem, można to zblokować, ale w noszeniu i tak brutalne fakty wyłażą na wierzch.
A teraz ostatni akt tego dramatu w trzech aktach.
Jak wiecie ostatnio popełniłam kolejnego pasiaka, dalej próbując połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli triki dziewiarskie z obietnicą uniknięcia ciężkiej roboty. Postanowiłam wykorzystać sztuczkę o której przeczytałam gdzie indziej. Mianowicie, w pierwszym rzędzie nowego koloru należy wykonać taki myk: przełożyć pierwsze oczko na prawy drut, podnieść z lewego na prawy oczko z rzędu poniżej tego pierwszego, sru je oba z powrotem na lewy i przerobić obydwa razem nitką nowego koloru. Robi się szybciej, niż się o tym czyta.Dziabię sobie te paski, nitek se nie ucinam, tylko pracowicie rozplątuje motki, robótki przybywa. Sztuczka działa, ale tylko na początku.
Niestety, w miarę jak praca postępuje, efekt jest coraz gorszy.Uskoki się pogłębiają w miarę jak podnoszone oczka wyciągają nitkę prowadzoną po lewej stronie. Normalnie eskalacja problemu. W dodatku dzianina w miejscu łączenia robi się wyraźnie nieelastyczna, co zapowiada, jak wyżej, podciągnięcie brzegu dzianiny.
Dlatego też jeszcze przed połową pleców zdecydowałam się na zmiane kolorków BEZ SZTUCZEK i zrobienie w tym miejscu markowanego zapiecia. Wiecie, sru łańcuszkiem szydełkowym od góry do dołu, przyszyć guziczki i po sprawie. Akcji jeszcze nie przeprowadziłam, decyzja sie uprawomocnia, ewentualne odwołanie nie jest wykluczone.
Przedstawione patenty możliwe, że są przydatne, ale w robótkach, w których paski są tylko akcentem lub występują rzadko rozstawione.
W moich robótkach paski są clue projektu, dlatego patenty prowadzą mnie czasem, jak w ostatnim przypadku, w ślepą uliczkę. Podstawowym problemem, jaki spotykam, jest podciąganie się brzegu dzianiny w miejscu zmian kolorów, co zmusza mnie do cięcia nitki przy każdym nowym pasku.
Dzieląc się z wami swoimi spostrzeżeniami zachęcam do rozmowy. Jak sobie radzicie z paskami? macie ulubione triki? Może by tak pogadać o tym, czego się zazwyczaj nie pokazuje, czyli o lewej stronie dzianiny? Może by tak dyskusja po "ciemnych stronach drutowania"?
Zapraszam :-)
Etykiety:
druty,
knitting,
krulicza filozofia,
triki dziewiarskie
środa, 6 lutego 2013
Urocza
Wracam w dzierganiu do tego, co mi wychodzi zdecydowanie najlepiej i sprawia najwiecej satysfakcji - do pasiastych kamizelek dziecięcych. Tym razem kamizelka raglanowa dla młodszej siostrzenicy.
To wielka przyjemność zaprojektować i wykonać ubranko dedykowane. Wówczas idealnie wygląda ono na nosicielu. Podobnie jest z Uroczą. Mała siostrzenica jest uroczym aniołkiem, subtelnym i delikatnym, dlatego wybrałam dla niej lekkie, pastelowe kolory. Mimo, że zazwyczaj nie wygląda najlepiej w rózowym, to jednak ten odcień, w połączeniu z pozostałymi, pasuje idealnie.
Całość wykonana jak zwykle z jakichś norweskich czy innych skandynawskich wełen z drugiego obiegu, tym razem otrzymanych od przyjaciółki. Basiu, jeszcze raz dziekuję!
Jak się będzie nosić to się jeszcze okaże, bo Drobiazg Siostry wyjechał do Dziadka.
Za to sama Siostra dochodzi do siebie po kolejnej, bardzo inwazyjnej tym razem chemioterapii. Udało się dopasować dawcę szpiku kostnego, przeszczepienie było w zeszłym tygodniu. Jak się nowe komórki sprawują, będzie wiadomo mniej więcej za tydzień, więc trzymajcie kciuki.
A następnym razem będzie o czymś z zupełnie innej beczki.
czwartek, 15 listopada 2012
Budyń się robi.
Bereczka sie dłubie. Już zaraz, już za chwilę będę zamykała oczka na przodach. A ponieważ dziabię z moheru na grubszych drutach, to mi się trochę rozlazła. Ogólnie mi to nie przeszkadza, ale zastanawiałam sie, co ja bidna zrobię z taaaakimi dziurami na rękaw. Najwspanialsza teściowa jednym słowem oświeciła mnie: "zaszyj". Tak zrobię. potem najtrudniejsza decyzja - robić rękawy na prosto, jak w kimonie, czy sobie wyrobić główki rzędami skróconymi, a dalej zwężać. No i jakie mankiety zrobić. I jakie dać wykończenia...
Na zdjęciach pokazuję charakterystyczny "szew" boczny, czyli miejsce dobierania oczek na przody (i kołnierz). Niestety, nie widać na razie kołnierza, ale zajrzyjcie na druting. JustMe właśnie pokazała, jak wygląda berka-kamizelka na modelce.
Na zdjęciach pokazuję charakterystyczny "szew" boczny, czyli miejsce dobierania oczek na przody (i kołnierz). Niestety, nie widać na razie kołnierza, ale zajrzyjcie na druting. JustMe właśnie pokazała, jak wygląda berka-kamizelka na modelce.
***
A tymczasem, zajrzawszy do statystyk zdumiałam się , ze ktoś u mnie szukał "czegoś z drutu" (5 wejść) oraz "czegoś z kulek" (2 wejścia). Intrygujące...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















