Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krulicza filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krulicza filozofia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lutego 2017

Syndrom "będę go robił"

...czyli okołodziewiarskie marudzenie.


Mój mąż interesuje się starymi samochodami. Oprócz zadbanych staruszków, oldtimerów i youngtimerów docenia urok wraków gnijących po krzakach i podwórkach. Po co ludzie trzymają takie wraki? Niektórym nie opłaca się zawieźć ich na złom, a inni "będą je robić". Wraki bywają również kupowane, by przywrócić im świetność. Można zobaczyć taki obrazek: podwórko, a na nim od dwóch do pięciu sztuk tego samego modelu samochodu (a zatem ich właściciel planuje "zrobić" sobie samochód wykorzystując nadające się części z pozostałych sztuk). Obejrzyjcie sobie z resztą zdjęcia zamieszczone tu: (złomnik).

Fajne złomy, ale co to ma do dziewiarstwa?
To mianowicie, że my dziewiarki też cierpimy często na odpowiednik syndromu "będę go robił". Gromadzimy  włóczkę, wzory na dysku, gazetki hobbystyczne, jeszcze jedną parę drutów, może agrafkę do przekładania oczek, inne gadżety. Część z nas czuje się z tym dobrze.
Ja ostatnio, niestety, wręcz przeciwnie.
Przetrzepuję swoje zapasy i przydasie, nie tylko dziewiarskie. Już się z reszta pozbyłam drogą sprzedaży ze 2,5 kilograma wełny, parę motków czeka jeszcze na nowego właściciela. No bo szkoda tracić miejsce na włóczki, do których nie ma się już serca.Wydzieliłam cześć parku maszynowego, to jest starych drutów ze zbyt sztywnymi żyłkami, do pozbycia się.
Kołowrotek, Pan Holender, też pójdzie pod młotek. Trochę mi żal, bo ładny, ale ostatnio za bardzo duszę się w mieszkaniu rozmiaru znaczka pocztowego z tym całym majdanem. A prząść i tak nie mam czasu. 

I tak krok po kroku feng shui się poprawia. Ja oczywiście w fengszuje nie wierze, ale jest coś na rzeczy - lepiej się myśli, gdy jest mniej rzeczy.

I żegnam się bez żalu z syndromem "będę go robił".

czwartek, 6 października 2016

Samo życie...

Dlaczego szale i chusty są takie popularne?
.
.
.
Bo nie trzeba robić próbki ściegu.




A tak poza tym na razie nic nie dziergam, bo czytam o robalach z kosmosu, które napadły na Ziemię. Test szala-chusty w toku. Planowana data publikacji - połowa października (to już za tydzień - eek!).

środa, 28 września 2016

Zmiany



Od jakiegoś czasu wprowadzam zmiany w szablonie i funkcjach tego bloga. Ale proszę śmiało wchodzić
i czytać, kasku ochronnego nosić nie trzeba, nic na głowę nie spadnie.

Z rzeczy nowych - dodałam w pasku bocznym zakładkę "Strony", gdzie można sobie przełączyć na stronę
z moimi wzorami. jeśli macie ochotę zajrzeć, to zapraszam.

A poza tym dziergam, nie przędę (obraziłam się na kołowrotek), zdjęć robię mało bo ciemno, nie piszę bo ledwo się wyrabiam z bieżączką (czy wiecie, że mam ze trzy rozgrzebane posty w formie roboczej i ani chwili, by to doprowadzić do stanu publikowalnego?).
Ale do zobaczenia wkrótce.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Depresja dziewiarki

Muszę się do czegoś przyznać - mianowicie do potężnego kryzysu dziewiarskiego. Dopadł mnie tej zimy i spowodował przewartościowanie priorytetów rękodzielniczych.
Tak się bowiem złożyło, że wróciłam do pracy wprost z pieleszy domowych. Konieczne było poustawianie harmonogramów na nowo, wiele rzeczy trzeba robić w biegu, inne w międzyczasie, i kiedy już wieczorem mam wszystko pozałatwiane a dzieci smacznie śpią w swych łóżeczkach, jak przerabiam pół rzadka i odpływam w objęcia morfeusza.
Każdy wie, ze tak się niczego nie wydzierga, chyba ze jakąś płachtę z małych elementów. A już z pewnością nie sweterek dla szybko rosnącej dziewczynki.
Zatem przemyślałam rozmaite kwestie okołodziewiarskie, a tak naprawdę wszystko co dotyczy skróconego mocno czasu własnego i wyszło mi przede wszystkim, że nie powinnam testować wzorów. Każdy, kto testuje, wie, ze to jest dzierganie obarczone pewną odpowiedzialnością, począwszy od wzmożonej uwagi przy czytaniu wzoru a na określonym terminie skończywszy. Będąc w trybie "zombie" nie jestem w stanie sprostać ani jednemu, ani drugiemu.


Przyjrzałam się również z bliska moim zapasom dziewiarskimi i urosło we mnie postanowienie pozbycia się około 3/4 włóczek. Nie ten kolor, nie ten skład, chemia też już wyblakła, to jest miłość osłabła. Więc możecie się spodziewać tutaj jakichś akcji typu sprzedam/oddam/zamienię.

Kolejna sprawa. Zdecydowanie muszę przestać dziergać "do szafy". O ile potomstwo jeszcze w miarę bezkrytycznie nosi efekty moich kompulsywnych wyborów, to jednak mam kilka rzeczy zrobionych w ciągu robótkoholicznym, które już zostały dawno zapomniane, a na które natykam się podczas okresowych odkrywek w szafach. Także teges, chyba jakieś konto butikowe sobie założę i puszczę toto w świat, co będą leżeć na pastwę moli.


No bo przecież hobby jest po to by sprawiać radość, dawać satysfakcje, a nie być obciążeniem dla fengszujów i innych przepływów energetycznych, prawda?

Nie wiem, na ile uda mi się wskoczyć w założenia, bom dotąd kwitła dziewiarsko jako ten polny kwiat, a tu przyjdzie zostać ligustrem w żywopłocie, ale może uda mi się zrobić trochę miejsca w szafach. Na te fajniejsze włóczki oczywiście. Albo na nowe hobby? Kto wie?

sobota, 5 marca 2016

Nowe druty, nowe horyzonty

Wszystko skończyło się dobrze, to znaczy kupiłam sobie wreszcie te karbonsy, koło których chodziłam już z rok. Wprawdzie druty z włókna węglowego pojawiły się w sprzedaży już dawniej, ale ja akurat nie jestem gadżeciarą. Poczytałam recenzje, zobaczyłam cenę i pomyślałam, że te druty, które już mam sprawują się bardzo dobrze. To znaczy - do zwykłych dzianin. Niemniej ostatnio wciągnął mnie temat dzianin w skali 1/6, czyli dla lal pokroju barbiowatych. 
 

Jak widać na załączonych obrazkach, choć na drutach nr 2mm rzeczy wychodzą niebrzydkie, to jednak dzianina jest zbyt gruba jak na ubranka w tej skali. Zatem rozejrzenie się za mniejszymi drutami stało się koniecznością. Wprawdzie na alledrogo przewijały się druty proste Pryma, to jednak od pierwszego zobaczenia zapałałam żądzą posiadania jednak tych karbonsów.
I mam. I dzieję:

Od pierwszego dotknięcia czuje się różnicę w materiale, z jakiego wykonane są druty. Wyglądają mianowicie jak grafit ołówka, są ciepłe w dotyku, lekko uginają się pod naciskiem, sprawiają wrażenie wytrzymałych. Wybaczcie, ale nie robiłam testu na wytrzymałość z uwagi na cenę drutów. Ale dają sobie radę z ciasnym ściegiem wykonanym nieelastyczną włóczką. I są szokująco nieostre w rozmiarze 1 mm!
Wiem, gdyby były ostre, poważnie raniłyby palce. Albo by się końcówki łamały. Prawdopodobnie.
W każdym razie możecie sobie obejrzeć na zdjęciu niżej, jak się mają Knit Pro Karbonz 1mm do dwóch szpilek i jednego drutu Knit Pro Metal Nova 2 mm. Niestety nie mam banana w charakterze probierza skali.

A tak się na jedynkach dzieje:

Wymaga to dobrego światła, świętego spokoju (to jest kiedy dzieci nie skaczą po robótce i dziewiarce a małżonek nie żąda natychmiastowego rozstrzygnięcia jakiejś palącej kwestii), oczywiście lepiej nie mieć zapalenia spojówek i kataru. Lotos na tafli jeziora i można dłubać.
Także jakby kogoś interesowało dziewiarstwo ekstremalne, to druty polecam.
W roli próbki dziewiarskiej wystąpiła przyszła barbiowa (a jakże) tunika oversize, wykonana z cieniowanego kordonka Snehurka Ombre.


Ps. Niech będą przeklęte narzędzia formatowania postów w blogerze. Rzekłam.

czwartek, 25 lutego 2016

Małżonek

Otóż mój małżonek zasugerował mi, żebym może dała znać, że żyję, że nie przygniotły mnie jeszcze hałdy włóczek wypadających z każdej szafy, że nie przedawkowałam lanoliny, że nie zginęłam używając nierozważnie drutów w szale dziewiarskim...
Ma rację mój Małżonek, a ja chyba już zasłużyłam na miano Najgorszego Blogera Całych Internetów.

Zatem - jem, dziergam i cieszę się życiem, parafrazując popularne hasła.

Dzisiaj tymczasem odzywam się z powodu jednego zdjęcia, które podsunęło mi pomysł na odwłóczkowanie:


Zdjęcie ilustruje tutorial z tej strony (klik) , który z resztą zakłada użycie drewnianych koralików.
Drewniane koraliki są bardzo fajne, ale mini pompony z włoczki w kolorze naturalnym byłyby chyba fajniejsze. Co wy na to?
Ja mam mieszane uczucia, bo taki włóczkowy abażur byłby świetnym paśnikiem dla moli. Ale za to jakim pięknym...

niedziela, 14 grudnia 2014

O wełnie z innego punktu widzenia

Każda dziewiarka zaczyna się z czasem zastanawiać, czemuż to nie ma u nas dostępnej naszej wełny, która byłaby co najmniej przyzwoitej jakości oraz której cena nie zwalałaby z nóg już od progu pasmanterii.

W pasmanteriach lokalnych mnóstwo mamy wełen zrobionych z krajach bliższych lub dalszych, wcale nie tak znowu tanio, a w pasmanteriach internetowych mamy obecnie pełną paletę wełen z najdalszych zakątków globu, za którą trzeba płacić jak za zboże.

Ostatnio kupiłam wełnę Schachenmayr, wyprodukowaną w Rumunii. Nie tak znowu daleko od nas, prawda? Możemy też kupić wełny litewskie, estońskie - prawi po sąsiedzku. A u nas mamy tylko hobbystycznie przędzoną przez góralki (jeśli nie Chińczyków) z wełny stanowiącęj tak naprawdę odpad z hodowli owiec na mięso. Jakość jej zna każdy, kto sie z wełną spod samiuśkich Tater zetknął. I dobrze, jeśli ta wełna nie zawiera domieszki waty.
Podobnie, każdy zajmujący sie rekonstrukcją historyczną utyskuje na lichą ofertę sukna wełnianego, która skazuje go na sukna włoskie, a sukna takie kosztują majątek. A suknia kobieca wymaga użycia wielu metrów materiału (no, co najmniej czterech).

Natknęłam się ostatnio na nowy kwartalnik o szerokiej tematyce. Jest to Szkoła Nawigatorów. Redakcja prawie co numer zamieszcza artykuł na temat losów zakładów włókienniczych w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem tego, co się działo z nimi w czasach jak najsłuszniej minionych. A działo się tyle, że przemysł włókienniczy w Polsce został w czasach komuny zarżnięty. Wydawać by się mogło, ze to wszystko wina komunistów, nie?Ale ja nie o tym.
Trafiłam tam (w numerze z czerwca br.)między innymi na przedruk fragmentu książki Klementyny Żurowskiej "Z Leszczkowa w świat", który traktuje o zakładach Romana Żurowskiego "Leszczków" z województwa lwowskiego, oczywiście z okresu międzywojnia. Jest tam o tym, jak z małej przyfolwarcznej gręplarni dla okolicznej ludności powstał w kilka lat prężny zakład produkujący sukno wełniane słunne i popularne w całej Polsce. Zakład ten szczycił się tym, że do tkania sukna używa wyłącznie materiału, to jest runa, pochodzącego z Polski. A contrario, pozostałe zakłady produkcyjne używały materiału importowanego. Dlaczego trzeba było sprowadzać runo/czesankę/nici do tkania wełen w Polsce? Dlaczego to się bardziej opłacało, spytacie? Przecież koszty transportu, i tak dalej...
link do żródła

Zajrzyjmy do tekstu:
"Początkowo w okresie międzywojennym fabryki włókiennicze, produkujące materiały na mundury dla wojska, pracowników kolei i innych służb państwowych, pod przymusem używały nakazanego przepisami procentu wełny krajowej. Preferowano bowiem surowieczagraniczny, lepiej opłacalny i który nie nastręczałtylu problemów w produkcji co wełna krajowa, niestandaryzowana i wymagajaca żmudnego sortowania. Tymczasem w latach 1931-1932 "Leszczków" wykonał kilka tysięcy koców wojskowych ze stuprocentowej wełny krajowej. Dało to podstawę do wydania zarządzenia o stosowaniu wyższego procentu wełny krajowej w wyrobach produkowanych dla dostaw państwowych. Tym sposobem, propagująca wełnę krajową, "Leszczków" stymulował rozwój hodowli owiec."
Co wynika z tego tekstu? Otóż nie było w Polsce wysokiej kultury przygotowywania wełny do przerobu. Co kto sobie w zagrodzie wyhodował i ostrzygł, własnoręcznie posortował, uprał i uprządł, to jego. Współczesne polskie prządki, hobbystycznie zajmujące się przerobem wełny "od owcy do gotowego swetra" świetnie wiedza, ile ciężkiej pracy kosztuje efekt, powstały, jak to już powiedziałam, z materiału odpadowego hodowli owiec na mięso. Nadto, owczarstwo nie było zbyt dobrze rozwinięte.
Tekst ten daje nam jeszcze jedno do zrozumienia: obecnie nikogo nie zajmuje temat stymulacji owczarstwa, promocji wełny i tak dalej. Tak zwani rządzący już od dawna przeciez nie sa zainteresowani w rozwoju i różnorodności rolnictwa, licza się dla nich jedynie wielcy producenci. Ja wiem, że obecnie mamy taką powódź materiałów syntetycznych - i tych tandetnych i tych wysoko wyspecjalizowanych. ze wełna jest po prostu niemodna, uważana za kłopotliwą. Że komu by się chciało...

No właśnie, komu?

wtorek, 9 września 2014

Atawizm i inne kwestie

Od paru dni mnie nosi. Płynie przez moje neurony przemożna chęć dokonywania zmian, załatwiania rzeczy dotychczas niezałatwionych, porządkowania, układania. No i dziergania. Taki stan zazwyczaj dopada ludzi na wiosnę, a tu proszę, wrzesień. Stawiam hipotezę, że to pozostałości po instynkcie człowieka z etapu zbieracko-łowieckiego: zrobić przed zimą co się da, żeby przezimować z sukcesem. No, to doprawdy ostatni moment, bo zaraz światła dziennego będzie jak na lekarstwo, marazm jak mgła zasnuje mózgi, każdy będzie się chciał owinąć w kokon i w nim doczekać wiosny. No ale co ja tu będę pisała o wpływie światła słonecznego na ludzkie mózgi, skoro to blog robótkowy?

Jak już wspomniałam, dziergać też mi się chce. Aktualnie na tapecie mam "wsiąkacz" z Cool Wool Print, którego robocza nazwa brzmi Lucy on the Sky with Diamond aka paw jednorożca. No co ja poradzę, takie mam skojarzenia, kiedy patrzę na tę wełnę. CO to jest "wsiąkacz"? To jest nazwa dla wełnanego ochraniacza na tekstylną pieluchę. W krajach anglosaskich, gdzie tradycja robienia na drutach jest żywa od stuleci, matki robiły swoim maluchom takie ochraniacze - soakers. Ja wiem, że wśród matek Polek pieluchujących tekstylnie panuje określenie "otulacz". Ale "wsiąkacz" zapanował u mnie niepodzielnie.
Tak więc siedzę sobie i kombinuję z tym ochraniaczem wełnianym, a jak już mi coś konkretnego wyjdzie,
to się z wami podzielę.



Odnośnie wełny spod samiuśkich Tater jest pomysł! Zrobię, jak zasugerowała K., płaszczyk. A konkretnie, podejmę próbę rekonstrukcji mojej obecnej, ukochanej, nieco już sfatygowanej kurteczki zimowej. Na razie rzecz jest w fazie koncepcyjnej. Na pewno będzie robiona gęstym splotem. Już kombinuję, by użyć całej wełny i zastosować gradientowe przejścia kolorów (i już pojawia się piknięcie niepokoju, czy wełny starczy - serio?!). I zalanolinuję, będzie deszczoodporna. No i z dużym prawdopodobieństwem będę chciała zrobić podszewkę, najchętniej z materiału pochodzenia naturalnego (ach, gdzie znaleźć jedwab?) lub zbliżonego do naturalnego, to jest wiskozy. Ale wszystko ma swoje miejsce w kolejce, więc projekt musi poczekać, aż zaopatrzę potomstwo w odzież ciepłochronną, to jest sweterki.


Ponadto muszę się uporać z pewnym trupem z szafy, ale o tym będzie następnym razem.

środa, 18 czerwca 2014

Założenia do dowodu na istnienie krasnoludków.

W moim domu, jak w domu każdej rękodzielniczki, jest mnóstwo robótkarskich przydasiów. włóczki jest oczywiście  najwięcej. Włóczka zajmuje każdy zakamarek, poutykana już to w torebeczkach już to w pudełeczkach. Mam nawet specjalne plastikowe pudło na bawełny i bambusy. Duże pudło, dodam. Znajdując się w takich okolicznościach Mąż mój czasami w żartach stwierdza, że skoro ja tak ciągle z tą włóczką siedzę, to niewykluczone,że nasze dzieci wcale nie są prawdziwe, tylko włóczkowe.
"Może i tak", stwierdzam wówczas z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, "robię to w nocy, kiedy wszyscy śpicie i dlatego jestem wiecznie niewyspana".

Najpierw był syn. Ponieważ to pierwszy projekt tego typu, zaczęłam go z najwyższą starannością. Oczka wyszły równe, dzianina zwarta. Zastosowałam wcześniej nieznane mi techniki z dużym skupieniem i z dosoknałym rezultatem. Na początku szło bardzo szybko, wiadomo. Małe rozmiary dzierga się błyskawicznie. Z biegiem czasu oczek jest coraz więcej, a więc tempo przyrostu synka maleje.

Zachęcona wynikami postanowiłam wydziergać sobie także córeczkę. Narzuciłam oczka i jadę. Doświadczenia zdobyte przy poprzedniej Robótce dodają pewności siebie, więc nie mam opóźnień w związku z prowadzeniem dwóch Robótek jednocześnie.Córeczka rónież wychodzi bardzo ładna. Niestety, gdzieś między rozmiarem noworodkowym a następnym okazało się, że - czy to z nieuwagi czy skutkiem chaotycznej działalności Losu - spadło mi kilka oczek gdzieś na początku robótki. Spruć - wiadomo - nie można. Sama tego nie naprawię ale jestem już umówiona ze specjalistami, którzy mają maszynę do podnnoszenia oczek, wiecie taką jak się kiedyś używało do naprawiania pończoch. Potem jeszcze cerowanie artystyczne, i wszystko będzie dobrze, nikt nie pozna, że dzianina była naprawiana.

W związku z akcją naprawiania drugiej Robótki, pierwsza musi udawać się na przymusowe wakacje. Był już u Pierwszej Babci i u Drugiej Babci. Po każdym takim pobycie obserwowałam zwyczajowy przyrost dzianiny. Nic w tym dziwnego, obie bowiem babcie znają arkana dziewiarstwa. I też się między wierszami skarżyły na niewyspanie.

Któregoś razu przyjdzie kolej na Dziadka, Który Mieszka w Samym Środku Lasu. Dziadek też jest utalentowany, ale on raczej mógłby coś wyrzeźbić, albo inną rzecz zmalować, ale o dzierganiu - wiem to na pewno - nie ma pojęcia. W sąsiedztwie mieszka tylko zgraja psów, dziki kot ze stodoły z wyrazem wiecznej zwierzyny łownej na pyszczku, bydło rogate oraz Nałogowy Koloryt Lokalny, które to istnienia wyklucza się w twierdzeniu.

Zatem, jeśli po wakacyjnym pobycie u Dziadka zaobserwuję przyrost dzianiny, będzie to niezbity dowód na to, ze Krasnoludki istnieją. Nieprawdaż?

***
Dziękuję wam serdecznie za komentarze epod ostatnimi postami. Cieszę się, że wciąż do mnie zaglądacie, mimo długiej nieobecności. Tak, "wracam" do blogowania. Miałam kryzys, bo ujawniła się długo narastająca potrzeba rearanżacji tej strony, a podjęte próby nie zadowalały mnie. To i garść innych, poważniejszych przyczyn trochę mnie zniechęciło do zamieszczania wpisów. Teraz, ponieważ i tak nie mam czasu na wymyślanie wyglądu i dłubanie w kodach, a nie chcę, by to miejsce zostało zajęte przez tureckich hakerów (co najmniej dwa blogi, które znałam, spotkał ten smutny los), więc postanowiłam je zreanimować w dotychczasowym kształcie. Zatem, do następnego wpisu!

wtorek, 5 listopada 2013

Dobrze powiedziane


Czasami małżonek dopytuje się, po co mi to całe włóczkomaniactwo, ciągle tylko przerabiam i pruję, ciągle coś zaczynam i porzucam, ciągle robię zakupy włóczkowe. A odpowiedź jest jedna - to nie hobby, to umiejętność niezbędna do przeżycia w świecie postapokaliptycznym!


I to nie jest żaden żart. Kolekcjonuję sobie umiejętności uwzględniając powyższe. Oczywiście nie mam paranoi, ale dociekanie, z czego i jak ludzie kiedyś wytwarzali przedmioty niezbędne do przeżycia nie tłumaczy się tylko ciekawością i zamiłowaniem do historii.
Co o tym myślicie?

czwartek, 25 kwietnia 2013

Jestę ceramikię

Nigdy nie mam dość, jeśli chodzi o uczenie się nowych technik. Chwilowo dłubanina w nitkach mnie nie nęci, a moja ulubiona miseczka do nudli się stłukła, więc sami rozumiecie - musiałam trafić do pracowni ceramicznej. Dodam, że pracowni klymatycznej, bo mieszczącej się w podwórku kamienicy na warszawskiej Pradze, takiej z kapliczką Matki Boskiej, artystycznymi malunkami na ścianach i lokalnym dilerem. 
Z kozą w charakterze ogrzewania zimą. 
U Marty ^__^



Po czterech zajęciach, gdy już nieco wyczułam, o co biega, stwierdzam, że glina to fantastyczny materiał. Przy zachowaniu pewnych zasad da się w stosunkowo krótkim czasie stworzyć coś od zera, a więc jest zupełnie inaczej, niż z dzianiną wykonywaną ręcznie. Z bezkształtnej, plastycznej masy stworzyć przedmiot użytkowy lub durnostojkę. Można zrobić przedmiot o konserwatywnych kształtach i szkliwem nadać "pazur", czy inną tam "nutkę dekadencji".
A jaki to masaż dla zwojów mózgowych! Po całym dniu zajmowania się w pracy zupełnie abstrakcyjnymi rzeczami, które jeśli już dają poczucie satysfakcji, to równie abstrakcyjne, można zrobić RZECZ. Można ją dotknąć, przełożyć myśl na ruch mięśni, ukształtować. Dotykać. Mieć na zawsze albo stłuc. Odczuć satysfakcję opartą o realny przedmiot, wykonany własnoręcznie.
Moje najpierwsze prace są już wypalone "na biskwit", to znaczy - są gotowe do nałożenia szkliwa. Jedna z nich będzie do... drutów ^__^
Na razie nie mam zdjęć gotowych rzeczy, ale nie omieszkam się pochwalić, jak tylko będę mogła.

Tymczasem lecę blokować zielony sweter. Do zobaczenia wkrótce.

poniedziałek, 25 marca 2013

czwartek, 21 lutego 2013

Łańcuszki jak fale...

Łańcuszki blogowe są jak fale - odbijają się od ścianek internetu i nawracają. Zazwyczaj irytujące, czasem niosą z sobą pewne korzyści. Można na przykład wskutek działania fal łańcuszkowych odnaleźć nowe miejsca w sieci. Albo dają one pretekst do opowiedzenia o sobie czegoś więcej niż zazwyczaj.
Kolejny raz trafił do mnie łańcuszek "Liebster blog", tym razem od Karoliny (bez cukru). Bardzo dziękuję za to wyróżnienie.
Pozwolę sobie odpowiedzieć na niektóre zadane przez Karolinę pytania i całkowicie pominąć część o nominacjach i typowaniach.
Co sprawia Ci największą przyjemność w tym co robisz?
Największą przyjemność sprawia mi uczenie się czegoś nowego. Następny w kolejności będzie kolor. Lubię pracować z kolorem - czy to przy dizerganiu, czy przy krojeniu warzyw na obiad.

Co byś robiła gdybyś nie musiała nic robić?
Robiłabym to, co bym chciała :-) Paradoksalnie zakres czynności, które bym wówczas wykonywała nie różniłby się znacznie od czynności, które zazyczaj wykonuję. Tylko brak presji czasu i okoliczności sprawiłby, że stałyby się przyjemne.

Życie bez hobby to....?
Nie wiem, zawsze się czymś zajmowałam.

Twoje hobby/pasja  to czas wyrwany pomiędzy obowiązkami czy stały element dnia?
Moje hobby jest wplecione, współistnieje z tym co zazwyczaj jest do zrobienia. Na szczęście nie muszę wyrywać czasu na rękodzieło z tego przeznaczonego na sen, czy jedzenie :-) Stąd też latem działam mniej, zimą więcej.

Twój blog to tablica, dzięki której dokumentujesz własne dokonania, miejsce do którego zapraszasz innych by się pochwalić, czy może jeszcze coś innego?
Oprócz wymieniaonych w pytaniu celów traktuje bloga również jak portal społecznościowy w skali mikro, tyle że bez zobowiązań typu logowanie itp. Miłe komentarze na temat moich prac zawsze cieszą, ale najbardziej cenię sobie wymianę zdań, podczas której uczę się czegoś nowego lub mogę komuś w czymś pomóc. 

sobota, 16 lutego 2013

Co z tymi paskami?

Z różnych względów często robię rzeczy pasiaste. Wybór wzoru determinują zazwyczaj dostępne zapasy włóczki, a poza tym - lubię paski. Sporo rzeczy dziergam bezszwowo, naokoło, bo tak jest zdecydowanie szybciej. Wykończenie takiej dzianiny teoretycznie to minuta osiem.Oszczędza się dodatkowe blokowanie i zszywanie.
Lubię ładnie wykończone rzeczy, więc obczaiłam w necie różne patenty na zmianę koloru w dzianienie-tubie bez uskoku, który mocno psuje efekt. Jeśli chodzi o dziewiarskie sztuczki, najlepszym chyba źródłem jest strona TECHknitting, a post o paskach jest tu (klik) (a tu nowsza wersja postu, z ładniejszymi fotkami)
Pierwsza rzecz, w której zastosowałam trik to pierwsza pasiasta kamizelka Króliczka. Tam co do zasady przy zmianie koloru przerabiałam pierwsze okrążenie normalnie, w kolejnym przesuwałam pierwsze oczko rzędu bez przerabiania. Udało się to całkiem nieźle, ale kosztowało sporo. Każda zmiana koloru to buło cięcie nitki i doczepianie nowej, a w rezultacie milionpińcet nitek do wszywania. Ktoś mógłby postukać się w czółko na  takie wyznanie, ale, jak dowiecie się w dalszej części, w tym szaleństwie jest metoda.
Niestety, nie mam pod ręką zdjęć "szwu" tamtej kamizelki. Jak ją znajdę, obiecuje obfocić i uzupełnić post.
Kolejny pasiak to Urodzinowa. Tu - ten sam myk. Mój wewnętrzny len kombinował i próbowałam zmieniać kolorki w okrążeniach bez ciachania nitki, ale się poddałam po którymś tam pasku. Trudno jest wyregulować napięcie nieużywanej aktualnie nici tak, by myk z podnoszeniem oczka wyszedł zadowalająco, a i dzianina porządnie wyglądała.

Kiedy robiłam kolejnego pasiaka, mój wewnętrzny leń nie dawał mi spokoju. Postanowiłam wypróbować patent z "wędrującym" początkiem okrążenia. Rzecz polega na tym, że oprócz tego, że w drugim okrążeniu danego koloru podnosi się pierwsze oczko bez przerabiania, to każdy nowy kolor zaczyna się oczko dalej. W pasiaku, który widzicie niżej, nie cięłam nitki, przekładałam ją po lewej stronie robótki. Niestety, zmiana koloru nie jest niewidoczna, a zaistniał dodatkowy efekt w postaci "wędrującego uskoku":

Ponadto to częste przesuwanie oczek bez przerabiania podciąga do góry dolny brzeg dzianiny. Owszem, można to zblokować, ale w noszeniu i tak brutalne fakty wyłażą na wierzch.


A teraz ostatni akt tego dramatu w trzech aktach.
Jak wiecie ostatnio popełniłam kolejnego pasiaka, dalej próbując połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli triki dziewiarskie z obietnicą uniknięcia ciężkiej roboty. Postanowiłam wykorzystać sztuczkę o której przeczytałam gdzie indziej. Mianowicie, w pierwszym rzędzie nowego koloru należy wykonać taki myk: przełożyć pierwsze oczko na prawy drut, podnieść z lewego na prawy oczko z rzędu poniżej tego pierwszego, sru je oba z powrotem na lewy i przerobić obydwa razem nitką nowego koloru. Robi się szybciej, niż się o tym czyta.Dziabię sobie te paski, nitek se nie ucinam, tylko pracowicie rozplątuje motki, robótki przybywa. Sztuczka działa, ale tylko na początku.
Niestety, w miarę jak praca postępuje, efekt jest coraz gorszy.Uskoki się pogłębiają w miarę jak podnoszone oczka wyciągają  nitkę prowadzoną po lewej stronie. Normalnie eskalacja problemu. W dodatku dzianina w miejscu łączenia robi się wyraźnie nieelastyczna, co zapowiada, jak wyżej, podciągnięcie brzegu dzianiny.

Dlatego też jeszcze przed połową pleców zdecydowałam się na zmiane kolorków BEZ SZTUCZEK i zrobienie w tym miejscu markowanego zapiecia. Wiecie, sru łańcuszkiem szydełkowym od góry do dołu, przyszyć guziczki i po sprawie. Akcji jeszcze nie przeprowadziłam, decyzja sie uprawomocnia, ewentualne odwołanie nie jest wykluczone.

Wnioski.
Przedstawione patenty możliwe, że są przydatne, ale w robótkach, w których paski są tylko akcentem lub występują rzadko rozstawione. 
W moich robótkach paski są clue projektu, dlatego patenty prowadzą mnie czasem, jak w ostatnim przypadku, w ślepą uliczkę. Podstawowym problemem, jaki spotykam, jest podciąganie się brzegu dzianiny w miejscu zmian kolorów, co zmusza mnie do cięcia nitki przy każdym nowym pasku.

Dzieląc się z wami swoimi spostrzeżeniami zachęcam do rozmowy. Jak sobie radzicie z paskami? macie ulubione triki? Może by tak pogadać o tym, czego się zazwyczaj nie pokazuje, czyli o lewej stronie dzianiny? Może by tak dyskusja po "ciemnych stronach drutowania"?
Zapraszam :-)

czwartek, 17 stycznia 2013

Tymczasem w Rosji...

Zdjecie z gatunku "znalezione w sieci". Ten moher, ten wzór wrabiany, to obszycie nogawek! no i TEN WIESZAK do kompletu...


Ponieważ jutro wypadam na chwilę do Zakopca, ciepło myślę o takich właśnie gaciach.

wtorek, 4 grudnia 2012

Mielonka

W związku z (przedświatecznym, jak sądzę) atakiem spamerów w komentarzach tymczasowo włączam weryfikację obrazkową.

 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Zima zaskoczyła...

...czy drogowców, to nie wiem. Ale mnie owszem. Spędzałam ostatnie dni w domu, w którym JEST telewizor, co pozwoliło mi stwierdzić, że są już organizowane zimowe zawody sportowe. Ten gęsty opad śniegu przy -11 stopniach (coż, że w Finlandii) wywołał u mnie niezłe zaskoczenie.
A więc to już, grudzień, zima, Święta, karnawał, mróz i co tam jeszcze, z dobrodziejstwem inwentarza. Narzekać nie będę, bo lubię wszystkie pory roku, a raczej to, że się zmieniają.
***
Ale ja tu gadu-gadu, a przecież formalności czekają. Wełniana Skarpetka mnie wyróżniła, za co jej bardzo dziękuję. I chociaż zazwyczaj nie uczestniczę w zabawach blogowych, to parę słów o sobie przecież powiem.
Zostałam zapytana mianowicie:
1. Kawa, czy herbata? oba te napoje. Każdy z nich, odpowiednio przyrządzony, ma wsobie to coś.
2. Cukier, czy słodzik?
najlepiej żadne z nich, choć jak już, to słodzik (stewia i ksylitol).
3. Radio, czy telewizja? radio, i to i tak rzadko.
4. Kino, czy teatr? Muzeum Sztuki Filmowej Iluzjon, w teatrze jak na mój gust za dużo jest pretensji.
5. Jedwab, czy kaszmir? jak można wybierać pomiędzy tymi dwoma?! Oba!
6. Szalik, czy komin? noszę szalik, bo komina jeszcze nie mam. Z naciskiem na "jeszcze".
7. Druty proste, czy okrągłe? okrągłe do dużych rzeczy, do małych skarpeciaki.
8. Szydełko zwykłe, czy tunezyjskie? a co to jest tunezyjskie? wiem, jakie, ale nigdy nie miałam w ręku. Szydełka w ogóle używam tylko okazjonalnie.
9. Sweter: przez głowę, czy rozpinany? oba. Taki i taki się przydaje.
10. Porzeczka czarna, czy czerwona? z czarnej najlepsza jest nalewka, z czerwonej marmolada.
11. Tulipan, czy róża? tulipany kocham. Żółte zwłaszcza.

Piłeczki nie odbijam, bo nie.
***
Wstyd się przyznać, ale Berka nietknięta od dwóch tygodni.
***
Ale za to zrobiłam już pierniczki. I rękawiczki dla Króliczka. Zdjęcia wkrótce.
***
A siostra moja pomyślnie przeszła drugą chemię. Chociaż nadal nie znaleziono dla niej dawcy szpiku :-(

piątek, 5 października 2012

O królewskim romansie


Poleciałam wczoraj do Noveho Kina Praha (tak to się odmienia?) obejrzeć "Kochanka królowej", bo jestem wielką fanką Madsa Mikkelsena, filmów kostiumowych i Madsa Mikkelsena. Wspominałam o Madsie Mikkelsenie?
Film bardzo estetyczny, od pierwszej do ostatniej sceny, nawet egzekucja była ładna. Nie, nie oburzajcie się, że zdradzam wątki fabuły, wszak zostało to już dawno opisane w książkach traktujących o histori Danii w XVIII wieku. Aktorstwo na wysokim poziomie, nie ma na co narzekać. Muzyka przeciętna - nie przeszkadza, nie narzuca się, plumka sobie w tle.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby film pozostał romansem kostiumowym. Niestety, jest romansem kostiumowym z pretensjami do dramatu historycznego, przy czym można odnieść wrażenie, że twórcy nie bardzo wiedzieli, czy chcą zrobić romans kostiumowy, czy dramat historyczny, więc zmiksowali trochę tego i tamtego. W związku z tym, pomiędzy ładnymi obrazkami a Madsem Mikkelsenem powiewa nudą. A sceny nachalnej agitki oświeceniowej, która służyła również za kanwę rodzącego się romansu między królową a królewskim medykiem to drewno w czystej postaci. Wyobraźcie sobie parę, której relacje zacieśniaja się poprzez przerzucanie się uproszczonymi regułkami zaczerpniętymi z książki do polskiego czy historii, z rozdziału o oświeceniu. Tylko obecność Madsa Mikkelsena na ekranie pozwala to przetrwać...

Dlaczego piszę recenzję filmu na blogu traktującym o robótkach? Ano, dlatego, że w filmie pojawia się dziergało. Widać je krótko na początku i na końcu filmu, w scenach z zesłania królowej Karoliny Matyldy. Królowa w tych migawkach pisze list  (będący narracją filmu), a jej ramiona chronione są od chłodu koronkowym szalem. Poluję dzisiaj cały dzień w sieci na jakieś screeny, niestety, bezskutecznie.
W każdym razie rekwizyt ów wydziergany jest na małych drutach (sądzę, że 2-2.5 mm). Jest to trójkąd dziergany jak baktus, z tradycyjnym drobnym ażurkiem na tle ściegu francuskiego, z bordiurką w ząbki, coś a la mój Nikolai. Muszę koniecznie dorwać jakieś fotki! I przegrzebać własne zbiory, bo jestem pewna, że mam gdzieś zapisany wzór na ażurek i bordiurę. 
Zajrzyjcie tu później, z pewnośćią uzupełnię niedostatek ilustracyjny posta.

Aha, i jeśli ktoś z was też już widział ten film, niech się podzieli wrażeniami :-) A gdyby ktoś z was był w posiadaniu zdjęcia owego dziergała, wzywam go do opublikowania go!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Uwaga, Szarotki!


Druty/szydełka/inne ustrojstwa rękodzielnicze w dłoń! 



W tą niedzielę, 2 września, jak zwykle od godziny 16.00, odbędzie się kolejne spotkanie szarotkowe. Jeśli chcesz się wybrać, a nie znasz adresu, napisz do Bietas na adres tzw. gazetowy, hasło "żyrafy wchodzą do szafy"*


*żartuję :-)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Nadchodzi sezon wełniany :-)

Słowo się rzekło, zaczęłam kombinować z wełną. Wpadł mi w rękę wełniany moteczek z musztardowo-zielonym melanżem, a ja melanżów zdecydowanie nie lubię.Podpatrzyłam kiedyś na jakimś blogu, że dziewiarki jedną taką włóczkę rozbebeszają, otrzymując cieniutkie a wytrzymałe niteczki do dziergania zwiewnych chust. Jaki to był blog i jaka to była włóczka - za Chiny Ludowe sobie nie przypomnę.Ale patent w głowie się zahaczył i wypadł w myślowej wyszukiwarce, kiedy był potrzebny.



Umyśliłam sobie więc, że z jednego motka niewyjściowego melanżu wyjdą cztery w kolorach od żółtego do khaki, co ładnie się ułoży w gotowym wyrobie - jakim, to jeszcze nie przesądzone.
Chwyciłam tedy mątewkę, co była akurat pod ręką, i rozprostowałam niteczkę. Właśnie się blokuje.
Jutro podzielę duży motek na cztery mniejsze i zastanowię się, co zrobić dalej. mam dwa wyjścia - albo zostawić w tzw. singlu, albo skręcić w dwie nitki. Decyzja zależy w dużej mierze od tego, jakiej właściwie długości nicią dysponuję i od tego, jak kolory będą wyglądać po praniu. Zatem, do następnego.