Pokazywanie postów oznaczonych etykietą personal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą personal. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 grudnia 2018

Rękodzieło z zupełnie innej parafii

W dniu Świętego Mikołaja klasa mojego dużego dziecka wybrała się do fabryki bombek, a ja z nimi, pod pretekstem pomocy w obsłudze wycieczki w środkach komunikacji miejskiej. Trafiliśmy do manufaktury "Fogiel", mieszczącej się na warszawskim Grochowie. Jest to firma rodzinna, założona tuż po wojnie. Trzecie pokolenie rzemieślników wytwarza najprzeróżniejsze bombki.
Musze przyznać, że otoczona pięknymi, błyszczącymi ozdobami poczułam się jak dziecko.




Dzieci mogły zobaczyć, jak wyglada proces produkcji bombki: najpierw dmuchanie lub formowanie z rozgrzanego szkła, potem srebrzenie. Pokaz wywołał serię okrzyków "woooow!".





Na dodatek mogłam sama spróbować swoich sił w zdobieniu bombki:


Tu nasze prace. Moja bombka jest skromna w porównaniu z barokowym rozmachem, jaki zaprezentowały dzieci. To ta w serduszka, na samej górze zdjęcia:


Wyschnięte bombki należało oczywiście wykończyć zawieszkami:


Wycieczka była bardzo udana i inspirująca. Chciałabym kiedyś jeszcze usiąść i pomalować parę bombek. Szkoda, że czasu tak mało...

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Depresja dziewiarki

Muszę się do czegoś przyznać - mianowicie do potężnego kryzysu dziewiarskiego. Dopadł mnie tej zimy i spowodował przewartościowanie priorytetów rękodzielniczych.
Tak się bowiem złożyło, że wróciłam do pracy wprost z pieleszy domowych. Konieczne było poustawianie harmonogramów na nowo, wiele rzeczy trzeba robić w biegu, inne w międzyczasie, i kiedy już wieczorem mam wszystko pozałatwiane a dzieci smacznie śpią w swych łóżeczkach, jak przerabiam pół rzadka i odpływam w objęcia morfeusza.
Każdy wie, ze tak się niczego nie wydzierga, chyba ze jakąś płachtę z małych elementów. A już z pewnością nie sweterek dla szybko rosnącej dziewczynki.
Zatem przemyślałam rozmaite kwestie okołodziewiarskie, a tak naprawdę wszystko co dotyczy skróconego mocno czasu własnego i wyszło mi przede wszystkim, że nie powinnam testować wzorów. Każdy, kto testuje, wie, ze to jest dzierganie obarczone pewną odpowiedzialnością, począwszy od wzmożonej uwagi przy czytaniu wzoru a na określonym terminie skończywszy. Będąc w trybie "zombie" nie jestem w stanie sprostać ani jednemu, ani drugiemu.


Przyjrzałam się również z bliska moim zapasom dziewiarskimi i urosło we mnie postanowienie pozbycia się około 3/4 włóczek. Nie ten kolor, nie ten skład, chemia też już wyblakła, to jest miłość osłabła. Więc możecie się spodziewać tutaj jakichś akcji typu sprzedam/oddam/zamienię.

Kolejna sprawa. Zdecydowanie muszę przestać dziergać "do szafy". O ile potomstwo jeszcze w miarę bezkrytycznie nosi efekty moich kompulsywnych wyborów, to jednak mam kilka rzeczy zrobionych w ciągu robótkoholicznym, które już zostały dawno zapomniane, a na które natykam się podczas okresowych odkrywek w szafach. Także teges, chyba jakieś konto butikowe sobie założę i puszczę toto w świat, co będą leżeć na pastwę moli.


No bo przecież hobby jest po to by sprawiać radość, dawać satysfakcje, a nie być obciążeniem dla fengszujów i innych przepływów energetycznych, prawda?

Nie wiem, na ile uda mi się wskoczyć w założenia, bom dotąd kwitła dziewiarsko jako ten polny kwiat, a tu przyjdzie zostać ligustrem w żywopłocie, ale może uda mi się zrobić trochę miejsca w szafach. Na te fajniejsze włóczki oczywiście. Albo na nowe hobby? Kto wie?

czwartek, 18 czerwca 2015

Rękodzielniczka na wczasach


Już od dłuższego czasu przebywam poza miastem, zaszyta w mazurskich lasach. Dłubię rękodzielniczo w tym i owym, ale o tym będzie kiedy indziej. Zdobywam skautowskie umiejętności, jak to: przepęd bydła, opieka nad cielętami, opieka nad porzuconymi pisklętami, pozyskiwanie ziół, jazda po bezdrożach na azymut (raczej na czuja).
No ale czasem trzeba wyjść z lasu, nie tylko do pobliskiego sklepiku po chleb i masło.
Zatem wybraliśmy się by pozwiedzać skansen węgorzewski.
Jest mały ale uroczy. Duża część eksponatów to rekonstrukcje, ale nie bardzo mi to przeszkadzało. Jest pracownia garncarska, stolarska, jest i  kuźnia, ale przede wszystkim - wypasiona pracownia tkacka. Zdjęć z pracowni tkackiej nie mam, ale zapewniam, że jest co oglądać. Kilka krosien, dużych i jeszcze większych, prostych i wielonicielnicowych. Na ścianach rozmaite tkaniny, w kąciku rozpoczęta koronka klockowa (klocki aż tak bardzo mnie nie kręcą...), Nie chciałam być Joe Głodomorem*, wolałam się jednak skupić na tym, co oglądam. Więc z multitaskingu w postaci tachania tobołów, dzieciątka i aparatu odjęłam aparat, dzieciątko sprzedałam na kilka minut ojcu, toboły rzuciłam pod nogi i patrzyłam, i słuchałam. I postanowiłam. W przyszłym roku wezmę udział w warsztatach tkackich. Jest do przerobienia wiele tematów - od osnucia krosna (chyba najtrudniejsze), poprzez proste tkaniny aż do tkanin dwuwątkowych, ponad pięćdziesiąt godzin pracy na zasadzie mistrz-uczeń.
Tymczasem - kilka migawek:


Takie cuda bym chciała umieć robić...



A tu coś jak meksykańskie ojo de dios:

Tu przedmioty z warsztatu prządki, leniwa kaśka, o ile się nie mylę. O ile się mylę, proszę mnie poprawić.



No i zdjęcie, dzięki któremu powstał ten post. Młoda rękodzielniczka - następne pokolenie:

Ps. SHEEP ALERT: w węgorzewskim skansenie w sezonie letnim można obejrzeć owieczki rasy skudde. Zdjęć nie mam, bo... zapomniałam...

*) Joe Głodomór to postać z książki Josepha Hellera pt. "Paragraf 22", którą szczerze polecam. Książkę, znaczy, polecam.

środa, 18 czerwca 2014

Założenia do dowodu na istnienie krasnoludków.

W moim domu, jak w domu każdej rękodzielniczki, jest mnóstwo robótkarskich przydasiów. włóczki jest oczywiście  najwięcej. Włóczka zajmuje każdy zakamarek, poutykana już to w torebeczkach już to w pudełeczkach. Mam nawet specjalne plastikowe pudło na bawełny i bambusy. Duże pudło, dodam. Znajdując się w takich okolicznościach Mąż mój czasami w żartach stwierdza, że skoro ja tak ciągle z tą włóczką siedzę, to niewykluczone,że nasze dzieci wcale nie są prawdziwe, tylko włóczkowe.
"Może i tak", stwierdzam wówczas z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, "robię to w nocy, kiedy wszyscy śpicie i dlatego jestem wiecznie niewyspana".

Najpierw był syn. Ponieważ to pierwszy projekt tego typu, zaczęłam go z najwyższą starannością. Oczka wyszły równe, dzianina zwarta. Zastosowałam wcześniej nieznane mi techniki z dużym skupieniem i z dosoknałym rezultatem. Na początku szło bardzo szybko, wiadomo. Małe rozmiary dzierga się błyskawicznie. Z biegiem czasu oczek jest coraz więcej, a więc tempo przyrostu synka maleje.

Zachęcona wynikami postanowiłam wydziergać sobie także córeczkę. Narzuciłam oczka i jadę. Doświadczenia zdobyte przy poprzedniej Robótce dodają pewności siebie, więc nie mam opóźnień w związku z prowadzeniem dwóch Robótek jednocześnie.Córeczka rónież wychodzi bardzo ładna. Niestety, gdzieś między rozmiarem noworodkowym a następnym okazało się, że - czy to z nieuwagi czy skutkiem chaotycznej działalności Losu - spadło mi kilka oczek gdzieś na początku robótki. Spruć - wiadomo - nie można. Sama tego nie naprawię ale jestem już umówiona ze specjalistami, którzy mają maszynę do podnnoszenia oczek, wiecie taką jak się kiedyś używało do naprawiania pończoch. Potem jeszcze cerowanie artystyczne, i wszystko będzie dobrze, nikt nie pozna, że dzianina była naprawiana.

W związku z akcją naprawiania drugiej Robótki, pierwsza musi udawać się na przymusowe wakacje. Był już u Pierwszej Babci i u Drugiej Babci. Po każdym takim pobycie obserwowałam zwyczajowy przyrost dzianiny. Nic w tym dziwnego, obie bowiem babcie znają arkana dziewiarstwa. I też się między wierszami skarżyły na niewyspanie.

Któregoś razu przyjdzie kolej na Dziadka, Który Mieszka w Samym Środku Lasu. Dziadek też jest utalentowany, ale on raczej mógłby coś wyrzeźbić, albo inną rzecz zmalować, ale o dzierganiu - wiem to na pewno - nie ma pojęcia. W sąsiedztwie mieszka tylko zgraja psów, dziki kot ze stodoły z wyrazem wiecznej zwierzyny łownej na pyszczku, bydło rogate oraz Nałogowy Koloryt Lokalny, które to istnienia wyklucza się w twierdzeniu.

Zatem, jeśli po wakacyjnym pobycie u Dziadka zaobserwuję przyrost dzianiny, będzie to niezbity dowód na to, ze Krasnoludki istnieją. Nieprawdaż?

***
Dziękuję wam serdecznie za komentarze epod ostatnimi postami. Cieszę się, że wciąż do mnie zaglądacie, mimo długiej nieobecności. Tak, "wracam" do blogowania. Miałam kryzys, bo ujawniła się długo narastająca potrzeba rearanżacji tej strony, a podjęte próby nie zadowalały mnie. To i garść innych, poważniejszych przyczyn trochę mnie zniechęciło do zamieszczania wpisów. Teraz, ponieważ i tak nie mam czasu na wymyślanie wyglądu i dłubanie w kodach, a nie chcę, by to miejsce zostało zajęte przez tureckich hakerów (co najmniej dwa blogi, które znałam, spotkał ten smutny los), więc postanowiłam je zreanimować w dotychczasowym kształcie. Zatem, do następnego wpisu!

czwartek, 21 marca 2013

Niespodzianka

Jakiś czas temu wzięłam udział w konkursie-zgadywance, zorganizowanym przez autorki bloga Druting i cały ten misz-masz. Oczywiście nie udało mi się precyzyjnie odgadnąć, co przedstawia zdjęcie-zagadka, ale ponieważ na zdjęciu rozpoznałam, co to za kreskówkowa postać udziela swojej mordki przedmiotowi użytkowemu, załapałam się na nagrodę pocieszenia - niespodziankę :-) 
Już dotarła.


No a kiedy dostaje się taką roześmianą paszczę - nie ma mowy, by cały swiat się nie uśmiechnął! Robo-Kot Doraemon ustawił mój wczorajszy dzień!


Oprócz tego, ponieważ konkurs został ogłoszony z okazji chińskiego Nowego Roku, otrzymałam przepiękną kartę z życzeniami.


Joanno, bardzo dziękuję! Niespodzianka sprawiła mi mnóstwo radości.

czwartek, 21 lutego 2013

Łańcuszki jak fale...

Łańcuszki blogowe są jak fale - odbijają się od ścianek internetu i nawracają. Zazwyczaj irytujące, czasem niosą z sobą pewne korzyści. Można na przykład wskutek działania fal łańcuszkowych odnaleźć nowe miejsca w sieci. Albo dają one pretekst do opowiedzenia o sobie czegoś więcej niż zazwyczaj.
Kolejny raz trafił do mnie łańcuszek "Liebster blog", tym razem od Karoliny (bez cukru). Bardzo dziękuję za to wyróżnienie.
Pozwolę sobie odpowiedzieć na niektóre zadane przez Karolinę pytania i całkowicie pominąć część o nominacjach i typowaniach.
Co sprawia Ci największą przyjemność w tym co robisz?
Największą przyjemność sprawia mi uczenie się czegoś nowego. Następny w kolejności będzie kolor. Lubię pracować z kolorem - czy to przy dizerganiu, czy przy krojeniu warzyw na obiad.

Co byś robiła gdybyś nie musiała nic robić?
Robiłabym to, co bym chciała :-) Paradoksalnie zakres czynności, które bym wówczas wykonywała nie różniłby się znacznie od czynności, które zazyczaj wykonuję. Tylko brak presji czasu i okoliczności sprawiłby, że stałyby się przyjemne.

Życie bez hobby to....?
Nie wiem, zawsze się czymś zajmowałam.

Twoje hobby/pasja  to czas wyrwany pomiędzy obowiązkami czy stały element dnia?
Moje hobby jest wplecione, współistnieje z tym co zazwyczaj jest do zrobienia. Na szczęście nie muszę wyrywać czasu na rękodzieło z tego przeznaczonego na sen, czy jedzenie :-) Stąd też latem działam mniej, zimą więcej.

Twój blog to tablica, dzięki której dokumentujesz własne dokonania, miejsce do którego zapraszasz innych by się pochwalić, czy może jeszcze coś innego?
Oprócz wymieniaonych w pytaniu celów traktuje bloga również jak portal społecznościowy w skali mikro, tyle że bez zobowiązań typu logowanie itp. Miłe komentarze na temat moich prac zawsze cieszą, ale najbardziej cenię sobie wymianę zdań, podczas której uczę się czegoś nowego lub mogę komuś w czymś pomóc. 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Pocztówka z Zakopanego



 To był króciutki wyjazd, niezbyt wypoczynkowy, ale udało nam się wyskoczyć do Tatrzańskiego Parku Narodowego, czyli po prostu - w góry.
Na pewno tam wrócimy w porze roku umożliwiąjacej spacery.
Marzą mi się jeszcze narty, ale nauka jazdy musi jeszcze trochę zaczekać.


Ps. Przez dwa tygodnie byłam wykluczona elektronicznie, siedząc w domu z kaszlącym berbeciem. Mam zaległości blogowe, które z przyjemnością uzupełnię w tym tygodniu.

czwartek, 27 grudnia 2012

Wyznanie

Chyba minęło mi uzależnienie od Ravelry.
Dziękuję za uwagę.
Kurtyna.


Ps. a tak poza tym nieprzerwanie od trzech tygodni  jestem chora. Podkręcenie odporności potrzebne od zaraz.

piątek, 14 grudnia 2012

***

Wielu ludzi, w tym również moja siostra, oczekuje na przeszczepienie szpiku kostnego. Zapoznajcie się z informacjami zamieszczonymi na zalinkowanej stronie (klik), zachęćcie znajomych do zapoznania się z nimi. Każda kolejna osoba, która dołączy do rejestru dawców komórek macierzystych i szpiku kostnego to szansa dla każdego oczekującego na wyzdrowienie
i normalne życie.


Jeśli z jakichś powodów nie możesz zostać dawcą, nie czyń sobie wyrzutów. Wiele osób, w tym również i ja, jest zdyskwalifikowanych jako dawcy. Ale to nie oznacza, że nic nie możesz zrobić. Możesz, tak jak ja, działać na rzecz upowszechnienia informacji na temat dawstwa szpiku kostnego i komórek macierzystych oraz walki ze szkodliwymi mitami wokół tego tematu.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Zima zaskoczyła...

...czy drogowców, to nie wiem. Ale mnie owszem. Spędzałam ostatnie dni w domu, w którym JEST telewizor, co pozwoliło mi stwierdzić, że są już organizowane zimowe zawody sportowe. Ten gęsty opad śniegu przy -11 stopniach (coż, że w Finlandii) wywołał u mnie niezłe zaskoczenie.
A więc to już, grudzień, zima, Święta, karnawał, mróz i co tam jeszcze, z dobrodziejstwem inwentarza. Narzekać nie będę, bo lubię wszystkie pory roku, a raczej to, że się zmieniają.
***
Ale ja tu gadu-gadu, a przecież formalności czekają. Wełniana Skarpetka mnie wyróżniła, za co jej bardzo dziękuję. I chociaż zazwyczaj nie uczestniczę w zabawach blogowych, to parę słów o sobie przecież powiem.
Zostałam zapytana mianowicie:
1. Kawa, czy herbata? oba te napoje. Każdy z nich, odpowiednio przyrządzony, ma wsobie to coś.
2. Cukier, czy słodzik?
najlepiej żadne z nich, choć jak już, to słodzik (stewia i ksylitol).
3. Radio, czy telewizja? radio, i to i tak rzadko.
4. Kino, czy teatr? Muzeum Sztuki Filmowej Iluzjon, w teatrze jak na mój gust za dużo jest pretensji.
5. Jedwab, czy kaszmir? jak można wybierać pomiędzy tymi dwoma?! Oba!
6. Szalik, czy komin? noszę szalik, bo komina jeszcze nie mam. Z naciskiem na "jeszcze".
7. Druty proste, czy okrągłe? okrągłe do dużych rzeczy, do małych skarpeciaki.
8. Szydełko zwykłe, czy tunezyjskie? a co to jest tunezyjskie? wiem, jakie, ale nigdy nie miałam w ręku. Szydełka w ogóle używam tylko okazjonalnie.
9. Sweter: przez głowę, czy rozpinany? oba. Taki i taki się przydaje.
10. Porzeczka czarna, czy czerwona? z czarnej najlepsza jest nalewka, z czerwonej marmolada.
11. Tulipan, czy róża? tulipany kocham. Żółte zwłaszcza.

Piłeczki nie odbijam, bo nie.
***
Wstyd się przyznać, ale Berka nietknięta od dwóch tygodni.
***
Ale za to zrobiłam już pierniczki. I rękawiczki dla Króliczka. Zdjęcia wkrótce.
***
A siostra moja pomyślnie przeszła drugą chemię. Chociaż nadal nie znaleziono dla niej dawcy szpiku :-(

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wakacje, wakacje... i po wakacjach.

No i po urlopie.


Czuję się wypoczęta. Mnogość i różnorodność wrażeń z ostatnich trzech tygodni działa na mnie pobudzająco. Baterejki podładowane - i o to chodziło. Ze zdziwieniem spostrzegam, że z przyjemnością weszłam w swoją rutynę, jak w wygodne buty.
No i zaczęłam znowu myśleć (!) o dzierganiu - po chyba dwumiesięcznej przerwie. Zapewne więc niedługo zacznę się bardziej udzielać.

Tak przy okazji, ten drugi widoczek zupełnie jak u mistrzów flamandzkich, nieprawdaż?

wtorek, 4 maja 2010

* * *



Chwilowo będzie tu cicho. Mój czas jest teraz odmierzany w zupełnie niestandardowych jednostkach...

piątek, 26 marca 2010

Powtórka z wątpliwej rozrywki, czyli przeprowadzka.

Tak. Znowu przeprowadzka, tym razem już na stałe.
Sierpniowa akcja przeprowadzkowa została przeprowadzona zgodnie z hitchcokowską receptą na doskonały film grozy: "Na początku trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie".
Tamten dzień rozpoczął się od pozytywnego wyniku testu ciążowego, który nami wprawdzie nie wstrząsnął (o, wstrząs nastąpił później ;-) ), ale rozmiękczył emocjonalnie na tyle, że sama akcja przeprowadzkowa dała nam porządnie w kość (a była to przeprowadzka z wydatną pomocą rodziców, co nie jest bez znaczenia dla emocji).
Teraz jesteśmy trochę bardziej odporni, jak sądzę. No i sama zmiana miejsca zamieszkania jest przez nas odbierana jako panaceum, nie jak dopust boży.
Po pierwsze, przeprowadzamy sie na stałe. Po drugie, uciekamy z tej okropnej, odhumanizowanej dzielnicy, jaką jest daleki Ursynów (wiem, że są osoby, które lubią tu żyć - ja nie dałam rady się zaadaptować i mój mąż także). Po trzecie, znowu zamieszkamy w miejscu, z którego blisko jest na Stare Miasto, znowu w masywnym budynku z lat pięćdziesiątych (który, jakkolwiek nie dostarcza wielu wrażeń na gruncie estetycznym, to jednak oferuje nieporównanie wyższy komfort życia, niż, powiedzmy, płytowce).
No i w ekspresowym pakowaniu jesteśmy już wprawieni. Zajmujemy się tym oraz kombinowaniem podstawowego wyposażenia już od paru dni.
Pikanterii całej akcji dodaje fakt, że jestem właśnie w ostatnich tygodniach ciąży i nieobce mi były lęki, co zrobimy, jesli nie zdążymy "przedtem". Ale ponieważ główne działania na "polu bitwy" zaplanowane są na jutro, więc wygląda na to, że damy radę.
Tymczasem dość już strawiłam czasu przed komputerem, czas wrócić między pudła i pudełka.
Jeśli przeżyję, dam znać. ;-)

środa, 17 marca 2010

Pół żartem...

Wczorajsza audycja "Powtórka z rozrywki" w Trójce obfitowała w metafory o życiu. Znany i lubiany Artur Andrus rozmawiał z nie mniej znaną i lubianą Marią Czubaszek, która na poczekaniu sypnęła metaforą fatalistyczną:

"Życie jest jak nogi - czy się ma długie, czy krótkie - i tak do ziemi"

na co Artur Andrus odpowiedział jej z właściwą sobie nutką pesymizmu, że jej metafora jest bardzo uniwersalna i można ją zastosować również w odwrotną stronę, mianowicie że "życie jest jak nogi - czy się ma długie, czy krótkie, i tak do..."

***
Z innej beczki: poszukuję na polskim rynku włóczki z dużą zawartością wełny na druty nr 6. Nawinęło się wam coś takiego? Macie może jakiś konkretny namiar?

wtorek, 20 października 2009

Wracam do siebie...

Jakoś gorzej mi idzie blogowanie ostatnio...
Już od dłuższego czasu przymierzałam się do napisania kolejnego postu, bo temat, owszem, jest. Tylko z weną jakby słabiej...Wycofałam się ostatnio z wiekszości miejsc w sieci, z rzadka zaglądam na Ravelry. Nie chodzę do kina, ulubionego mojego Iluzjonu. Rzadziej spotykam się ze znajomymi.

Jesień. Ale nie tylko.
Przecież same zmiany pór roku nie powodują takich zmian u względnie stabilnych osób. Zmiana zamieszkania także, chociaż konieczność codziennego dojeżdżania do pracy może wymazać każdy ślad dobrego nastroju, jaki powstał przy porannej herbacie.
Prawda jest taka, że zmian w moim życiu jest daleko więcej, niż można to było przypuszczać w sierpniu. Nasza rodzina powiększy się na wiosnę.
Oto przyczyna nieprzyjemnych wspomnień z urlopu w Szkocji, awersji do drutów, włóczek i dziergadeł (zwłaszcza o grubych splotach warkoczowych...), niechęci do aktywności towarzyskiej i tak dalej i temu podobne...
Mogę jedynie liczyć, że skoro wena wróciła z wakacji i umożliwiła mi sklecenie tego pościka, skoro nie robi mi się już tak wyraźnie niedobrze na widok dzianin na wystawach sklepowych i skoro powoli wracam do rozmaitych miejsc w sieci, to wszystko idzie ku dobremu.
Oby.

czwartek, 3 września 2009

Długo się nie odzywałam... Nie było czasu, by zebrać myśli, nastroju, by je ubrać w słowa.
Przez ostatnie trzy tygodnie wydarzyło się wiele rzecz.

Po pierwsze, Przemek uznał mój blog za wart uwagi. Bardzo Ci dziękuję Przemku ta to wyróżnienie. Reguły zabaw blogowych przewidują, że odznaczony w zabawie przekazuje pałeczkę dalej. Ja jednak wyłamię się z tej sztafety, ponieważ musiałabym wskazać na wszystkie osoby, których blogi czytam.

Po drugie, w piątek wróciłam z urlopu w Szkocji. Przyznam, że wyjazd „dał mi trochę w kość”. Zapewne nieprędko udam się znowu do kraju anglosaskiego. Nie podoba mi się tamtejsza atmosfera, tamtejsze jedzenie i tamtejsze mądre wynalazki typu dwa krany nad jedną umywalką, jeden z wrzątkiem, drugi z lodowatą wodą...
Podobały mi się za to morskie wybrzeża, górskie prawie bezdroża (drogi były: jednopasmowe dwukierunkowe, z mijankami), i stada kompletnie wyluzowanych, malowanych owiec.

Po trzecie, na drutach niewiele się dzieje. Podczas wyjazdu zaczęłam szaliczek z ażurowym liściastym motywem, z gryzącej wełny w pięknym jesiennym kolorze. Od tamtego czasu nie mam weny. W ogóle mnie do wełny nie ciągnie. Możliwe, że ciągle nie rozpakowane po przeprowadzce pudła rozpraszają moja uwagę twórczą. Możliwe...

środa, 12 sierpnia 2009

Sen/Dream

Dziś w nocy miałam sen o spadajacych gwiazdach. Zobaczcie, co ujrzałam po otworzeniu google:





This night I had a dream about shooting stars. Now look what google prepared to me today (Perseid Meteor shower)
UPDATE:
Udało mi się zobacvzyć kilka meteorów ^__^
Chociaż niewiele wskazywało na to, że sie uda. Dopiero wieczorem wymiotło z nieba chmury, a meteory były tak intensywne, ze były widoczne pomimo miejskiego oświetlenia tłumiącego światło gwiazd...

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

>__<

Dwanaście pudeł to za mało, by zmieścić moje książki...

Pozdrawiam

zapudłowana Kruliczyca.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Młyn/Grind

Jak wskazuje tytuł, w mym życiu zapanował chwilowo spory chaos. Mnóstwo rzeczy dzieje sie na raz.
Najważniejsza i najtrudniejsza logistycznie jest przeprowadzka. Zmieniam obecne tanie-choć w nieskim standardzie-choć w doskonałej lokalizacji-choć za małe mieszkanie na wieksze-ale droższe-ale w lepszym standardzie-ale strasznie daleko położone. I to już za chwilę, bo 15 sierpnia.
Drugie logistycznie łatwiejsze lecz nie mniej stresujące to wyprawa do Szkocji. To już 17.
A w międzyczasie - rozruch knajpki, pakowanie, kompletowanie rzeczy na wyjazd.
Padam.
As title shows, I have some mess in my life now. Bunch of things is happening in the same time and I hardly manage with it.
First and most important is moving. I'm changing my cheap-but low standard-but in excellent location-but really small flat to bigger-but more expensive-but higher standard-but in far city's quater, and it's comming very soon, august 15.
Secondly, we are preparing for our trip to Scotland, which is stresful too.
And meanwhile me and my friends are trying to run freshly opened cafe.