wtorek, 18 listopada 2014

Serwetka na dzień matki

Dwa i pół roku temu wyszydełkowałam serwetkę, która miała być prezentem na rzeczone święto. Z wyszydełkowaniem sobie poradziłam, na wykończenie musiała czekać latami przekładana z kupki na kupkę, z pudełeczka do pudełeczka, z nadzieją, że może już niedługo...
Czas jej nastał przy okazji krochmalenia śnieżynek (czy jestem pierwsza z tematem śnieżynek w tym roku?), których nie pokażę, bo już pofrunęły do nowego domu.
Okazuje się, że wykończeniówka przy takiej serwecie może człowieka... wykończyć. Ale ja jestem nie przyzwyczajona, takie rzeczy się u mnie blokują niezwykle rzadko. Dobrze, że dziecko pomagało,  bo mogłabym nie zdzierżyć, hy hy...



Dziś tylko tyle, bo znowu usiłuje wyrwać trochę czasu dla siebie. Notka przez to niedorobiona, ale mam tak jak w tym dowcipie o robotnikach - panie, taki zasuw mamy, ze nie ma kiedy taczek załadować...
Następny wpis będzie albo znowu szydełkowy - śnieżynkowy, albo sweterkowy, co zależy od tego, kiedy dotrę do pasmanterii po guziki...

poniedziałek, 22 września 2014

Chłodniej, nie?

Tak to już bywa, że po lecie zaczyna się jesień. Chłód się zakrada, wypełza z zakamarków. Ale my się chłodu nie boimy bo grubaśne swetry mamy. Mamy mianowicie Big Cable według projektu Justyny Lorkowskiej, który bardzo sobie chwalimy:


Mój sweter powstał z włóczki Merino Bulky Yarn Artu - i jest to bardzo dobre zagospodarowanie materiału kupionego lata temu, którego przekładanie z jednego miejsca w drugie zaczęło być już denerwujące. Tak wiec to pierwszy powód do zadowolenia. Drugi jest taki, że bardzo chciałam mieć w swej garderobie taki ocieplacz, ale się nie składało. Do czasu, aż Justyna ogłosiła testowanie nowego wzoru. Nic przecież nie działa tak motywująco, jak termin zakończenia testu, prawda? 
Trzeci powód do zadowolenia jest taki, że Big Cable dzierga się w mgnieniu oka. Moja wersja powstała na drutach 8mm i 6 mm. 

Obecnie jest to moje ulubione okrycie - w sam raz do samochodu czy na szybkie zakupy. Spełnia także okazjonalnie funkcje kocyka dziecięcego.  Same plusy.



To jeszcze na koniec dodam, że akurat dzisiaj Justyna ogłosiła pomocję na swoje wzory, warto zajrzeć, a nuż?

Ps, o trupie będzie kiedy indziej, a wsiąkacz zamieni się raczej w tradycyjne spodenki, bo mi się po drodze odwidziało.
Do następnego.

wtorek, 9 września 2014

Atawizm i inne kwestie

Od paru dni mnie nosi. Płynie przez moje neurony przemożna chęć dokonywania zmian, załatwiania rzeczy dotychczas niezałatwionych, porządkowania, układania. No i dziergania. Taki stan zazwyczaj dopada ludzi na wiosnę, a tu proszę, wrzesień. Stawiam hpotezę, że to pozostałości po instynkcie człowieka z etapu zbieracko-łowieckiego: zrobić przed zimą co się da, żeby przezimować z sukcesem. No, to doprawdy ostatni moment, bo zaraz światła dziennego będzie jak na lekarstwo, marazm jak mgła zasnuje mózgi, każdy będzie się chciał owinąć w kokon i w nim doczekać wiosny. No ale co ja tu będę pisała o wpływie światła słonecznego na ludzkie mózgi, skoro to blog robótkowy?

Jak już wspomniałam, dziergać też mi się chce. Aktualnie na tapecie mam "wsiąkacz" z Cool Wool Print, którego robocza nazwa brzmi Lucy on the Sky with Diamond aka paw jednorożca. No co ja poradzę, takie mam skojarzenia, kiedy patrzę na tę wełnę. CO to jest "wsiąkacz"? To jest nazwa dla wełnanego ochraniacza na tekstylną pieluchę. W krajach anglosaskich, gdzie tradycja robienia na drutach jest żywa od stuleci, matki robiły swoim maluchom takie ochraniacze - soakers. Ja wiem, że wśród matek Polek pieluchujących tekstylnie panuje określenie "otulacz". Ale "wsiąkacz" zapanował u mnie niepodzielnie.
Tak więc siedzę sobie i kombinuję z tym ochraniaczem wełnianym, a jak już mi coś konkretnego wyjdzie,
to się z wami podzielę.



Odnośnie wełny spod samiuśkich Tater jest pomysł! Zrobię, jak zasugerowała K., płaszczyk. A konkretnie, podejmę próbę rekonstrukcji mojej obecnej, ukochanej, nieco już sfatygowanej kurteczki zimowej. Na razie rzecz jest w fazie koncepcyjnej. Na pewno będzie robiona gęstym splotem. Już kombinuję, by użyć całej wełny i zastosować gradientowe przejścia kolorów (i już pojawia się piknięcie niepokoju, czy wełny starczy - serio?!). I zalanolinuję, będzie deszczoodporna. No i z dużym prawdopodobieństwem będę chciała zrobić podszewkę, najchętniej z materiału pochodzenia naturalnego (ach, gdzie znaleźć jedwab?) lub zbliżonego do naturalnego, to jest wiskozy. Ale wszystko ma swoje miejsce w kolejce, więc projekt musi poczekać, aż zaopatrzę potomstwo w odzież ciepłochronną, to jest sweterki.


Ponadto muszę się uporać z pewnym trupem z szafy, ale o tym będzie następnym razem.

poniedziałek, 1 września 2014

Pomocy

Spłynęło na mnie szczęście w postaci jakichś 3 kg wełny spod samiuśkich Tater.


Sterta wełny robi tak porażające wrażenie, że w głowie pozostaje tylko myśl: "w co tu ręce najpierw włożyć?". I: "co z tym dalej robić?".

W związku z tym na gwałt potrzebuję zwijarki. Czy ktoś z Warszawy byłby skłonny pożyczyć zwijarkę na kilka dni?
Tymczasem idę prać, bo góra szczęścia zalatuje przędzalnią.

środa, 18 czerwca 2014

Założenia do dowodu na istnienie krasnoludków.

W moim domu, jak w domu każdej rękodzielniczki, jest mnóstwo robótkarskich przydasiów. włóczki jest oczywiście  najwięcej. Włóczka zajmuje każdy zakamarek, poutykana już to w torebeczkach już to w pudełeczkach. Mam nawet specjalne plastikowe pudło na bawełny i bambusy. Duże pudło, dodam. Znajdując się w takich okolicznościach Mąż mój czasami w żartach stwierdza, że skoro ja tak ciągle z tą włóczką siedzę, to niewykluczone,że nasze dzieci wcale nie są prawdziwe, tylko włóczkowe.
"Może i tak", stwierdzam wówczas z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, "robię to w nocy, kiedy wszyscy śpicie i dlatego jestem wiecznie niewyspana".

Najpierw był syn. Ponieważ to pierwszy projekt tego typu, zaczęłam go z najwyższą starannością. Oczka wyszły równe, dzianina zwarta. Zastosowałam wcześniej nieznane mi techniki z dużym skupieniem i z dosoknałym rezultatem. Na początku szło bardzo szybko, wiadomo. Małe rozmiary dzierga się błyskawicznie. Z biegiem czasu oczek jest coraz więcej, a więc tempo przyrostu synka maleje.

Zachęcona wynikami postanowiłam wydziergać sobie także córeczkę. Narzuciłam oczka i jadę. Doświadczenia zdobyte przy poprzedniej Robótce dodają pewności siebie, więc nie mam opóźnień w związku z prowadzeniem dwóch Robótek jednocześnie.Córeczka rónież wychodzi bardzo ładna. Niestety, gdzieś między rozmiarem noworodkowym a następnym okazało się, że - czy to z nieuwagi czy skutkiem chaotycznej działalności Losu - spadło mi kilka oczek gdzieś na początku robótki. Spruć - wiadomo - nie można. Sama tego nie naprawię ale jestem już umówiona ze specjalistami, którzy mają maszynę do podnnoszenia oczek, wiecie taką jak się kiedyś używało do naprawiania pończoch. Potem jeszcze cerowanie artystyczne, i wszystko będzie dobrze, nikt nie pozna, że dzianina była naprawiana.

W związku z akcją naprawiania drugiej Robótki, pierwsza musi udawać się na przymusowe wakacje. Był już u Pierwszej Babci i u Drugiej Babci. Po każdym takim pobycie obserwowałam zwyczajowy przyrost dzianiny. Nic w tym dziwnego, obie bowiem babcie znają arkana dziewiarstwa. I też się między wierszami skarżyły na niewyspanie.

Któregoś razu przyjdzie kolej na Dziadka, Który Mieszka w Samym Środku Lasu. Dziadek też jest utalentowany, ale on raczej mógłby coś wyrzeźbić, albo inną rzecz zmalować, ale o dzierganiu - wiem to na pewno - nie ma pojęcia. W sąsiedztwie mieszka tylko zgraja psów, dziki kot ze stodoły z wyrazem wiecznej zwierzyny łownej na pyszczku, bydło rogate oraz Nałogowy Koloryt Lokalny, które to istnienia wyklucza się w twierdzeniu.

Zatem, jeśli po wakacyjnym pobycie u Dziadka zaobserwuję przyrost dzianiny, będzie to niezbity dowód na to, ze Krasnoludki istnieją. Nieprawdaż?

***
Dziękuję wam serdecznie za komentarze epod ostatnimi postami. Cieszę się, że wciąż do mnie zaglądacie, mimo długiej nieobecności. Tak, "wracam" do blogowania. Miałam kryzys, bo ujawniła się długo narastająca potrzeba rearanżacji tej strony, a podjęte próby nie zadowalały mnie. To i garść innych, poważniejszych przyczyn trochę mnie zniechęciło do zamieszczania wpisów. Teraz, ponieważ i tak nie mam czasu na wymyślanie wyglądu i dłubanie w kodach, a nie chcę, by to miejsce zostało zajęte przez tureckich hakerów (co najmniej dwa blogi, które znałam, spotkał ten smutny los), więc postanowiłam je zreanimować w dotychczasowym kształcie. Zatem, do następnego wpisu!

piątek, 9 maja 2014

Raz dokoła!

Obiecałam sobie bardziej regularne występy tutaj, ale życie mam niezwykle ciekawe, zupełnie jak w tej chińskiej klątwie. Posty pisze na raty: a to tytuł wpisze, a to zdjęcia załaduję. Tylko chwili brak, by choć krótką wiadomość sklecić.
Dziś chcę wam pokazać owoc pracy rękodzielniczej sprzed roku. Chwaliłam się wtedy, że się wybrałam na 

warsztaty lepienia gliną w Operze Glinianej. 



Kiedy już opanowałam najzupełniejsze podstawy, założyłam sobie, że zrobię miseczki w kolorach inspirowanych wzornictwem ludowym. Tak więc mam miseczkę inspirowaną haftami opoczyńskimi: 



kurpiowskimi pasiakami:


wzorami kaszubskimi:


oraz podlaskimi haftami tkanymi:


Inspirację czerpałam z książki "Polskie hafty ludowe". Kupiłam sobie te książkę parę lat temu pełna oczekiwań, wyszukiwałam jej dość długo w internetowych sklepach, bo wydawnictwo okazało się bardzo popularne. Nawet miałam kiedyś zrobić tutaj recenzję tej książki, no ale nie wyszło. Zatem robię to w skrócie teraz. Jest to pozycja bardziej popularna, niż naukowa, zawierająca pewne błędy w opisach, mająca pewne niedostatki edytorskie. Świetnie się nadaje, by pobieżnie zdać sobie sprawę z różnorodności zdobień strojów ludowych w Polsce, ale więcej nic. Trochę się zawiodłam.

No, ale na miski inspiracji starczyło.


A same miseczki? Uwielbiam je. Wprawdzie są mniejsze, niż się spodziewałam (glina kurczy się o 10% w trakcie wypału), ale takie mniejsze widać też są w kuchni potrzebne, bo wykorzystuję je codziennie. I choć widać sporo niedoskonałości w wykonaniu (są dosyć grube, odrobinę krzywe i na nich ćwiczyłam pierwszy raz malowanie majolikami), to kocham na nie patrzeć.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Nadal wiosennie, czyli mały zielony

Nadal wiosennie, bo w zielonym kolorze, z żółtym akcentem, czyli prawie jak łąka z małym kaczeńcem. 
Sweterek powstał według tego wzoru:
z wełny Merino Extra Fine Dropsa. Sweterek powstał z potrzeby chwili. Urodziła nam się Córa, od razu wyrośnięta, z co mniejszych rzeczy. Ze sweterka, który wydziergałam przed jej urodzeniem również. Machnęłam więc większy w międzyczasie.


Jeśli chodzi o włóczkę, jest bardzo dobra. Miękka, niegryząca, mięsista. Daje ładne, równe oczka i nie rozwarstwia się. No i można prać ją w pralce.
Wzór również ładny, chociaż mało szczegółowy. To znaczy, po rozdzieleniu rękawów i tułowia dziewiarka musi zdać się na własne wyczucie. Ja miałam akurat łatwiej, bo Modelka pod ręką, mogłam przymierzać do woli. Nie trzymałam się też ściśle treści wzoru, posiłkowałam się wskazówkami użytkowniczki sofiecat. tak, by otrzymać rękawki trochę szersze a tułów węższy, przez co sweterek jest lepiej dopasowany.