piątek, 16 stycznia 2015

Kominek plus coś na kształt noworocznego postanowienia


Tak mnie naszło na uzupełnianie zaległości. Tym razem prezentuję komin, popełniony jesienią. Przepis jest prosty: bierzesz włóczkę, która zalega ci w szafie od lat i wypada na ciebie za każdym razem, kiedy tą szafę otwierasz. Sprawdzasz, czy wzór, który chodzi ci po głowie od miesięcy zagra z tą włóczką. Dziergasz. 



Forma prosta, wzór stokrotek gra pierwsze skrzypce, włoski włóczki lekko usztywniają całość. 



Zaadaptowanie wzoru stokrotek do dziergania w okrążeniach stanowiło pewne wyzwanie. Koniec końców mi się udało, ale nie pytajcie mnie, jak to zrobiłam, bo sama nie wiem, czy zdołam powtórzyć taki wyczyn. Tak się po prostu zrobiło i już. Sama włóczka to puchaty  budyń bez metki z second handu. Nie podejrzewam jej o dużą zawartość włókien naturalnych. Robione na drutach 5 mm, o ile się nie mylę.

A z innej beczki: 
Trafiłam w sieci na patent na opanowanie zapasów włóczkowych, mianowicie włóczkową dietę. Najpierw robi się inwentaryzację i waży całe zapasy (lub przynajmniej kataloguje w uporządkowany sposób - to stan wyjściowy. Na koniec roku podsumowuje się ilość "kalorii zużytych", czyli wagę udziergów i porównuje z ilością "kalorii pobranych", czyli z zakupami.
I ja właśnie zamierzam sobie taką włóczkową dietę zaordynować. Tak więc trochę zabawy przede mną (i przed dzieciakami, oczywiście - nic bez małych pomocników w domu dobyć się nie może, niestety).

środa, 14 stycznia 2015

Czapkowa pogoda

Mamy wciąż czapkową pogodę, więc czapkę zrobiłam. Akurat ta czapka jest świetna na obecne +7 stopni. Miło otula, nie grzeje za bardzo. Milutkie mięciutkie zagospodarowanie jednego motka Baby Merino od Dropsa. Mówiąc szczerze jeszcze nigdy nie zrobiłam nic dla siebie z tej włóczki, ale koniecznie muszę nadrobić ten temat, bo to bardzo dobra włóczka.

Sama czapka powstała według najświeższego wzory Justyny. Po szczegóły odsyłam was do ravla  
Wzór jest perfekcyjny - od włoskiego nabierania oczek (dającego "sklepowy wygląd" ściągaczowi), przez subtelny i interesujący wzór na otoku aż do ładnego i sprytnego zakończenia czapki. Żadnych niedoróbek. 



No i cóż ja jeszcze mogę dodać? Może tylko to, że jestem przeszczęśliwa z tego powodu, ze od wrzucenia robótki na druty do wrzucenia relacji na blogaska, po drodze z przyzwoitą, choć krótką sesją fotograficzną, nie minął nawet tydzień. A to się ostatnio nie zdarzało. Jest światełko w tym tunelu i chyba to nie pociąg.



Pozdrawiam was, moi czytelnicy i do następnego wpisu.

niedziela, 14 grudnia 2014

O wełnie z innego punktu widzenia

Każda dziewiarka zaczyna się z czasem zastanawiać, czemuż to nie ma u nas dostępnej naszej wełny, która byłaby co najmniej przyzwoitej jakości oraz której cena nie zwalałaby z nóg już od progu pasmanterii.

W pasmanteriach lokalnych mnóstwo mamy wełen zrobionych z krajach bliższych lub dalszych, wcale nie tak znowu tanio, a w pasmanteriach internetowych mamy obecnie pełną paletę wełen z najdalszych zakątków globu, za którą trzeba płacić jak za zboże.

Ostatnio kupiłam wełnę Schachenmayr, wyprodukowaną w Rumunii. Nie tak znowu daleko od nas, prawda? Możemy też kupić wełny litewskie, estońskie - prawi po sąsiedzku. A u nas mamy tylko hobbystycznie przędzoną przez góralki (jeśli nie Chińczyków) z wełny stanowiącęj tak naprawdę odpad z hodowli owiec na mięso. Jakość jej zna każdy, kto sie z wełną spod samiuśkich Tater zetknął. I dobrze, jeśli ta wełna nie zawiera domieszki waty.
Podobnie, każdy zajmujący sie rekonstrukcją historyczną utyskuje na lichą ofertę sukna wełnianego, która skazuje go na sukna włoskie, a sukna takie kosztują majątek. A suknia kobieca wymaga użycia wielu metrów materiału (no, co najmniej czterech).

Natknęłam się ostatnio na nowy kwartalnik o szerokiej tematyce. Jest to Szkoła Nawigatorów. Redakcja prawie co numer zamieszcza artykuł na temat losów zakładów włókienniczych w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem tego, co się działo z nimi w czasach jak najsłuszniej minionych. A działo się tyle, że przemysł włókienniczy w Polsce został w czasach komuny zarżnięty. Wydawać by się mogło, ze to wszystko wina komunistów, nie?Ale ja nie o tym.
Trafiłam tam (w numerze z czerwca br.)między innymi na przedruk fragmentu książki Klementyny Żurowskiej "Z Leszczkowa w świat", który traktuje o zakładach Romana Żurowskiego "Leszczków" z województwa lwowskiego, oczywiście z okresu międzywojnia. Jest tam o tym, jak z małej przyfolwarcznej gręplarni dla okolicznej ludności powstał w kilka lat prężny zakład produkujący sukno wełniane słunne i popularne w całej Polsce. Zakład ten szczycił się tym, że do tkania sukna używa wyłącznie materiału, to jest runa, pochodzącego z Polski. A contrario, pozostałe zakłady produkcyjne używały materiału importowanego. Dlaczego trzeba było sprowadzać runo/czesankę/nici do tkania wełen w Polsce? Dlaczego to się bardziej opłacało, spytacie? Przecież koszty transportu, i tak dalej...
link do żródła

Zajrzyjmy do tekstu:
"Początkowo w okresie międzywojennym fabryki włókiennicze, produkujące materiały na mundury dla wojska, pracowników kolei i innych służb państwowych, pod przymusem używały nakazanego przepisami procentu wełny krajowej. Preferowano bowiem surowieczagraniczny, lepiej opłacalny i który nie nastręczałtylu problemów w produkcji co wełna krajowa, niestandaryzowana i wymagajaca żmudnego sortowania. Tymczasem w latach 1931-1932 "Leszczków" wykonał kilka tysięcy koców wojskowych ze stuprocentowej wełny krajowej. Dało to podstawę do wydania zarządzenia o stosowaniu wyższego procentu wełny krajowej w wyrobach produkowanych dla dostaw państwowych. Tym sposobem, propagująca wełnę krajową, "Leszczków" stymulował rozwój hodowli owiec."
Co wynika z tego tekstu? Otóż nie było w Polsce wysokiej kultury przygotowywania wełny do przerobu. Co kto sobie w zagrodzie wyhodował i ostrzygł, własnoręcznie posortował, uprał i uprządł, to jego. Współczesne polskie prządki, hobbystycznie zajmujące się przerobem wełny "od owcy do gotowego swetra" świetnie wiedza, ile ciężkiej pracy kosztuje efekt, powstały, jak to już powiedziałam, z materiału odpadowego hodowli owiec na mięso. Nadto, owczarstwo nie było zbyt dobrze rozwinięte.
Tekst ten daje nam jeszcze jedno do zrozumienia: obecnie nikogo nie zajmuje temat stymulacji owczarstwa, promocji wełny i tak dalej. Tak zwani rządzący już od dawna przeciez nie sa zainteresowani w rozwoju i różnorodności rolnictwa, licza się dla nich jedynie wielcy producenci. Ja wiem, że obecnie mamy taką powódź materiałów syntetycznych - i tych tandetnych i tych wysoko wyspecjalizowanych. ze wełna jest po prostu niemodna, uważana za kłopotliwą. Że komu by się chciało...

No właśnie, komu?

wtorek, 18 listopada 2014

Serwetka na dzień matki

Dwa i pół roku temu wyszydełkowałam serwetkę, która miała być prezentem na rzeczone święto. Z wyszydełkowaniem sobie poradziłam, na wykończenie musiała czekać latami przekładana z kupki na kupkę, z pudełeczka do pudełeczka, z nadzieją, że może już niedługo...
Czas jej nastał przy okazji krochmalenia śnieżynek (czy jestem pierwsza z tematem śnieżynek w tym roku?), których nie pokażę, bo już pofrunęły do nowego domu.
Okazuje się, że wykończeniówka przy takiej serwecie może człowieka... wykończyć. Ale ja jestem nie przyzwyczajona, takie rzeczy się u mnie blokują niezwykle rzadko. Dobrze, że dziecko pomagało,  bo mogłabym nie zdzierżyć, hy hy...



Dziś tylko tyle, bo znowu usiłuje wyrwać trochę czasu dla siebie. Notka przez to niedorobiona, ale mam tak jak w tym dowcipie o robotnikach - panie, taki zasuw mamy, ze nie ma kiedy taczek załadować...
Następny wpis będzie albo znowu szydełkowy - śnieżynkowy, albo sweterkowy, co zależy od tego, kiedy dotrę do pasmanterii po guziki...

poniedziałek, 22 września 2014

Chłodniej, nie?

Tak to już bywa, że po lecie zaczyna się jesień. Chłód się zakrada, wypełza z zakamarków. Ale my się chłodu nie boimy bo grubaśne swetry mamy. Mamy mianowicie Big Cable według projektu Justyny Lorkowskiej, który bardzo sobie chwalimy:


Mój sweter powstał z włóczki Merino Bulky Yarn Artu - i jest to bardzo dobre zagospodarowanie materiału kupionego lata temu, którego przekładanie z jednego miejsca w drugie zaczęło być już denerwujące. Tak wiec to pierwszy powód do zadowolenia. Drugi jest taki, że bardzo chciałam mieć w swej garderobie taki ocieplacz, ale się nie składało. Do czasu, aż Justyna ogłosiła testowanie nowego wzoru. Nic przecież nie działa tak motywująco, jak termin zakończenia testu, prawda? 
Trzeci powód do zadowolenia jest taki, że Big Cable dzierga się w mgnieniu oka. Moja wersja powstała na drutach 8mm i 6 mm. 

Obecnie jest to moje ulubione okrycie - w sam raz do samochodu czy na szybkie zakupy. Spełnia także okazjonalnie funkcje kocyka dziecięcego.  Same plusy.



To jeszcze na koniec dodam, że akurat dzisiaj Justyna ogłosiła pomocję na swoje wzory, warto zajrzeć, a nuż?

Ps, o trupie będzie kiedy indziej, a wsiąkacz zamieni się raczej w tradycyjne spodenki, bo mi się po drodze odwidziało.
Do następnego.

wtorek, 9 września 2014

Atawizm i inne kwestie

Od paru dni mnie nosi. Płynie przez moje neurony przemożna chęć dokonywania zmian, załatwiania rzeczy dotychczas niezałatwionych, porządkowania, układania. No i dziergania. Taki stan zazwyczaj dopada ludzi na wiosnę, a tu proszę, wrzesień. Stawiam hpotezę, że to pozostałości po instynkcie człowieka z etapu zbieracko-łowieckiego: zrobić przed zimą co się da, żeby przezimować z sukcesem. No, to doprawdy ostatni moment, bo zaraz światła dziennego będzie jak na lekarstwo, marazm jak mgła zasnuje mózgi, każdy będzie się chciał owinąć w kokon i w nim doczekać wiosny. No ale co ja tu będę pisała o wpływie światła słonecznego na ludzkie mózgi, skoro to blog robótkowy?

Jak już wspomniałam, dziergać też mi się chce. Aktualnie na tapecie mam "wsiąkacz" z Cool Wool Print, którego robocza nazwa brzmi Lucy on the Sky with Diamond aka paw jednorożca. No co ja poradzę, takie mam skojarzenia, kiedy patrzę na tę wełnę. CO to jest "wsiąkacz"? To jest nazwa dla wełnanego ochraniacza na tekstylną pieluchę. W krajach anglosaskich, gdzie tradycja robienia na drutach jest żywa od stuleci, matki robiły swoim maluchom takie ochraniacze - soakers. Ja wiem, że wśród matek Polek pieluchujących tekstylnie panuje określenie "otulacz". Ale "wsiąkacz" zapanował u mnie niepodzielnie.
Tak więc siedzę sobie i kombinuję z tym ochraniaczem wełnianym, a jak już mi coś konkretnego wyjdzie,
to się z wami podzielę.



Odnośnie wełny spod samiuśkich Tater jest pomysł! Zrobię, jak zasugerowała K., płaszczyk. A konkretnie, podejmę próbę rekonstrukcji mojej obecnej, ukochanej, nieco już sfatygowanej kurteczki zimowej. Na razie rzecz jest w fazie koncepcyjnej. Na pewno będzie robiona gęstym splotem. Już kombinuję, by użyć całej wełny i zastosować gradientowe przejścia kolorów (i już pojawia się piknięcie niepokoju, czy wełny starczy - serio?!). I zalanolinuję, będzie deszczoodporna. No i z dużym prawdopodobieństwem będę chciała zrobić podszewkę, najchętniej z materiału pochodzenia naturalnego (ach, gdzie znaleźć jedwab?) lub zbliżonego do naturalnego, to jest wiskozy. Ale wszystko ma swoje miejsce w kolejce, więc projekt musi poczekać, aż zaopatrzę potomstwo w odzież ciepłochronną, to jest sweterki.


Ponadto muszę się uporać z pewnym trupem z szafy, ale o tym będzie następnym razem.

poniedziałek, 1 września 2014

Pomocy

Spłynęło na mnie szczęście w postaci jakichś 3 kg wełny spod samiuśkich Tater.


Sterta wełny robi tak porażające wrażenie, że w głowie pozostaje tylko myśl: "w co tu ręce najpierw włożyć?". I: "co z tym dalej robić?".

W związku z tym na gwałt potrzebuję zwijarki. Czy ktoś z Warszawy byłby skłonny pożyczyć zwijarkę na kilka dni?
Tymczasem idę prać, bo góra szczęścia zalatuje przędzalnią.