środa, 18 czerwca 2014

Założenia do dowodu na istnienie krasnoludków.

W moim domu, jak w domu każdej rękodzielniczki, jest mnóstwo robótkarskich przydasiów. włóczki jest oczywiście  najwięcej. Włóczka zajmuje każdy zakamarek, poutykana już to w torebeczkach już to w pudełeczkach. Mam nawet specjalne plastikowe pudło na bawełny i bambusy. Duże pudło, dodam. Znajdując się w takich okolicznościach Mąż mój czasami w żartach stwierdza, że skoro ja tak ciągle z tą włóczką siedzę, to niewykluczone,że nasze dzieci wcale nie są prawdziwe, tylko włóczkowe.
"Może i tak", stwierdzam wówczas z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, "robię to w nocy, kiedy wszyscy śpicie i dlatego jestem wiecznie niewyspana".

Najpierw był syn. Ponieważ to pierwszy projekt tego typu, zaczęłam go z najwyższą starannością. Oczka wyszły równe, dzianina zwarta. Zastosowałam wcześniej nieznane mi techniki z dużym skupieniem i z dosoknałym rezultatem. Na początku szło bardzo szybko, wiadomo. Małe rozmiary dzierga się błyskawicznie. Z biegiem czasu oczek jest coraz więcej, a więc tempo przyrostu synka maleje.

Zachęcona wynikami postanowiłam wydziergać sobie także córeczkę. Narzuciłam oczka i jadę. Doświadczenia zdobyte przy poprzedniej Robótce dodają pewności siebie, więc nie mam opóźnień w związku z prowadzeniem dwóch Robótek jednocześnie.Córeczka rónież wychodzi bardzo ładna. Niestety, gdzieś między rozmiarem noworodkowym a następnym okazało się, że - czy to z nieuwagi czy skutkiem chaotycznej działalności Losu - spadło mi kilka oczek gdzieś na początku robótki. Spruć - wiadomo - nie można. Sama tego nie naprawię ale jestem już umówiona ze specjalistami, którzy mają maszynę do podnnoszenia oczek, wiecie taką jak się kiedyś używało do naprawiania pończoch. Potem jeszcze cerowanie artystyczne, i wszystko będzie dobrze, nikt nie pozna, że dzianina była naprawiana.

W związku z akcją naprawiania drugiej Robótki, pierwsza musi udawać się na przymusowe wakacje. Był już u Pierwszej Babci i u Drugiej Babci. Po każdym takim pobycie obserwowałam zwyczajowy przyrost dzianiny. Nic w tym dziwnego, obie bowiem babcie znają arkana dziewiarstwa. I też się między wierszami skarżyły na niewyspanie.

Któregoś razu przyjdzie kolej na Dziadka, Który Mieszka w Samym Środku Lasu. Dziadek też jest utalentowany, ale on raczej mógłby coś wyrzeźbić, albo inną rzecz zmalować, ale o dzierganiu - wiem to na pewno - nie ma pojęcia. W sąsiedztwie mieszka tylko zgraja psów, dziki kot ze stodoły z wyrazem wiecznej zwierzyny łownej na pyszczku, bydło rogate oraz Nałogowy Koloryt Lokalny, które to istnienia wyklucza się w twierdzeniu.

Zatem, jeśli po wakacyjnym pobycie u Dziadka zaobserwuję przyrost dzianiny, będzie to niezbity dowód na to, ze Krasnoludki istnieją. Nieprawdaż?

***
Dziękuję wam serdecznie za komentarze epod ostatnimi postami. Cieszę się, że wciąż do mnie zaglądacie, mimo długiej nieobecności. Tak, "wracam" do blogowania. Miałam kryzys, bo ujawniła się długo narastająca potrzeba rearanżacji tej strony, a podjęte próby nie zadowalały mnie. To i garść innych, poważniejszych przyczyn trochę mnie zniechęciło do zamieszczania wpisów. Teraz, ponieważ i tak nie mam czasu na wymyślanie wyglądu i dłubanie w kodach, a nie chcę, by to miejsce zostało zajęte przez tureckich hakerów (co najmniej dwa blogi, które znałam, spotkał ten smutny los), więc postanowiłam je zreanimować w dotychczasowym kształcie. Zatem, do następnego wpisu!

piątek, 9 maja 2014

Raz dokoła!

Obiecałam sobie bardziej regularne występy tutaj, ale życie mam niezwykle ciekawe, zupełnie jak w tej chińskiej klątwie. Posty pisze na raty: a to tytuł wpisze, a to zdjęcia załaduję. Tylko chwili brak, by choć krótką wiadomość sklecić.
Dziś chcę wam pokazać owoc pracy rękodzielniczej sprzed roku. Chwaliłam się wtedy, że się wybrałam na 

warsztaty lepienia gliną w Operze Glinianej. 



Kiedy już opanowałam najzupełniejsze podstawy, założyłam sobie, że zrobię miseczki w kolorach inspirowanych wzornictwem ludowym. Tak więc mam miseczkę inspirowaną haftami opoczyńskimi: 



kurpiowskimi pasiakami:


wzorami kaszubskimi:


oraz podlaskimi haftami tkanymi:


Inspirację czerpałam z książki "Polskie hafty ludowe". Kupiłam sobie te książkę parę lat temu pełna oczekiwań, wyszukiwałam jej dość długo w internetowych sklepach, bo wydawnictwo okazało się bardzo popularne. Nawet miałam kiedyś zrobić tutaj recenzję tej książki, no ale nie wyszło. Zatem robię to w skrócie teraz. Jest to pozycja bardziej popularna, niż naukowa, zawierająca pewne błędy w opisach, mająca pewne niedostatki edytorskie. Świetnie się nadaje, by pobieżnie zdać sobie sprawę z różnorodności zdobień strojów ludowych w Polsce, ale więcej nic. Trochę się zawiodłam.

No, ale na miski inspiracji starczyło.


A same miseczki? Uwielbiam je. Wprawdzie są mniejsze, niż się spodziewałam (glina kurczy się o 10% w trakcie wypału), ale takie mniejsze widać też są w kuchni potrzebne, bo wykorzystuję je codziennie. I choć widać sporo niedoskonałości w wykonaniu (są dosyć grube, odrobinę krzywe i na nich ćwiczyłam pierwszy raz malowanie majolikami), to kocham na nie patrzeć.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Nadal wiosennie, czyli mały zielony

Nadal wiosennie, bo w zielonym kolorze, z żółtym akcentem, czyli prawie jak łąka z małym kaczeńcem. 
Sweterek powstał według tego wzoru:
z wełny Merino Extra Fine Dropsa. Sweterek powstał z potrzeby chwili. Urodziła nam się Córa, od razu wyrośnięta, z co mniejszych rzeczy. Ze sweterka, który wydziergałam przed jej urodzeniem również. Machnęłam więc większy w międzyczasie.


Jeśli chodzi o włóczkę, jest bardzo dobra. Miękka, niegryząca, mięsista. Daje ładne, równe oczka i nie rozwarstwia się. No i można prać ją w pralce.
Wzór również ładny, chociaż mało szczegółowy. To znaczy, po rozdzieleniu rękawów i tułowia dziewiarka musi zdać się na własne wyczucie. Ja miałam akurat łatwiej, bo Modelka pod ręką, mogłam przymierzać do woli. Nie trzymałam się też ściśle treści wzoru, posiłkowałam się wskazówkami użytkowniczki sofiecat. tak, by otrzymać rękawki trochę szersze a tułów węższy, przez co sweterek jest lepiej dopasowany.


wtorek, 18 marca 2014

Ja i szydełko? - czyli u mnie już wiosna.


W życiu bym nie powiedziała, że będzie nam po drodze. Ale że mam hopla na punkcie kolorów i jestem zawsze pod wrażeniem niesamowitych możliwości, jakie dają zestawienia rozmaitych wzorów "babciokwadratów", to się zawzięłam i wyszydełkowałam łączkę:


Największą trudność w tym całym projekcie sprawił mi wybór włóczki, a konkretnie, lichy wybór włóczki dostępnej w Polsce. To jest wyzwanie: znaleźć materiał który by wytrzymał intensywne użytkowanie, był przyjemny dla skóry i przyjazny dla kieszeni. A kiedy już się znajdzie odpowiednią włóczkę, okazuje się, że kolorystyka odpowiada listopadowej brudnej szmacie. W plebiscycie na materiał odpowiedni na kocyk wygrał Jeans Yarn Artu, który jednak kompletowałam w kilku sklepach internetowych.
A potem - szydło w dłoń i do pracy. Powstał kocyk niemowlęcy ze 100 kwadratów, obrębiony rzędem półsłupków i rzędem oczek rakowych, w rozmiarze 80x80 cm. 


Byłby kocyk może i większy, bo dziabanie tych kwadracików, wszywanie nitek i zszywanie wszystkiego do przysłowiowej kupy znajduję relaksującymi, ale wyszła mi nitka w kolorze ciemnoniebieskim, a dokupować trzeci raz włóczki nie zamierzałam. Chociaż nie wykluczam w przyszłości powiększenia kocyka do rozmiarów typowego pledu. Kto wie, co się może zdarzyć.


Ponieważ w szydełkowaniu jestem początkująca, musiałam się posiłkować samouczkiem, który znalazłam na tej stronie (klik) ( a mówiąc szczerze, najpierw przez szatańskiego pinteresta trafiłam na tę stronę, a potem zachorowałam na wzór sunburst square). Przy okazji znowu robię błąd, wielki błąd, ucząc się szydełkowania po angielsku. To najszybsza droga do stania się analfabetą robótkowym w ojczystym języku (a kto z dziergających po angielsku nie narzeka na małą klarowność polskojęzycznych instrukcji, niedostateczne nazewnictwo i temu podobne?).

wtorek, 5 listopada 2013

Dobrze powiedziane


Czasami małżonek dopytuje się, po co mi to całe włóczkomaniactwo, ciągle tylko przerabiam i pruję, ciągle coś zaczynam i porzucam, ciągle robię zakupy włóczkowe. A odpowiedź jest jedna - to nie hobby, to umiejętność niezbędna do przeżycia w świecie postapokaliptycznym!


I to nie jest żaden żart. Kolekcjonuję sobie umiejętności uwzględniając powyższe. Oczywiście nie mam paranoi, ale dociekanie, z czego i jak ludzie kiedyś wytwarzali przedmioty niezbędne do przeżycia nie tłumaczy się tylko ciekawością i zamiłowaniem do historii.
Co o tym myślicie?

czwartek, 26 września 2013

Prehistoria

...no bo jak inaczej w dobie mediów elektronicznych nazwać informację sprzed pół roku?
A właśnie pół roku temu udziergałam sweter dla Króliczka, w kolorze, który miał przywołać ociągającą się wiosnę. Ktoś jeszcze pamięta tą śnieżną i mroźną Wielkanoc i kilka następnych tygodni, o których z uwagi na panującą wówczas aurę lepiej nie mówić, żeby nie wypsnęło się coś brzydkiego?


Sweterek zrobiony został z włóczki szacher... tj Extra Merino Schachenmayr na drutach 3.25 i 3 mm, według wzoru Justyny.
Obejrzyjcie koniecznie tablicę z dotychczas wykonanymi wg tego wzoru sweterkami:
A jeżeli ktoś z was miałby ochotę wydziergać podobny, to jeszcze do końca października może się załapać na KAL, czyli wspólne dzierganie z nagrodami. Po szczegóły zapraszam tu: http://www.ravelry.com/discuss/letes-knits/2681036/1-25

czwartek, 25 kwietnia 2013

Jestę ceramikię

Nigdy nie mam dość, jeśli chodzi o uczenie się nowych technik. Chwilowo dłubanina w nitkach mnie nie nęci, a moja ulubiona miseczka do nudli się stłukła, więc sami rozumiecie - musiałam trafić do pracowni ceramicznej. Dodam, że pracowni klymatycznej, bo mieszczącej się w podwórku kamienicy na warszawskiej Pradze, takiej z kapliczką Matki Boskiej, artystycznymi malunkami na ścianach i lokalnym dilerem. 
Z kozą w charakterze ogrzewania zimą. 
U Marty ^__^



Po czterech zajęciach, gdy już nieco wyczułam, o co biega, stwierdzam, że glina to fantastyczny materiał. Przy zachowaniu pewnych zasad da się w stosunkowo krótkim czasie stworzyć coś od zera, a więc jest zupełnie inaczej, niż z dzianiną wykonywaną ręcznie. Z bezkształtnej, plastycznej masy stworzyć przedmiot użytkowy lub durnostojkę. Można zrobić przedmiot o konserwatywnych kształtach i szkliwem nadać "pazur", czy inną tam "nutkę dekadencji".
A jaki to masaż dla zwojów mózgowych! Po całym dniu zajmowania się w pracy zupełnie abstrakcyjnymi rzeczami, które jeśli już dają poczucie satysfakcji, to równie abstrakcyjne, można zrobić RZECZ. Można ją dotknąć, przełożyć myśl na ruch mięśni, ukształtować. Dotykać. Mieć na zawsze albo stłuc. Odczuć satysfakcję opartą o realny przedmiot, wykonany własnoręcznie.
Moje najpierwsze prace są już wypalone "na biskwit", to znaczy - są gotowe do nałożenia szkliwa. Jedna z nich będzie do... drutów ^__^
Na razie nie mam zdjęć gotowych rzeczy, ale nie omieszkam się pochwalić, jak tylko będę mogła.

Tymczasem lecę blokować zielony sweter. Do zobaczenia wkrótce.