niedziela, 5 kwietnia 2015

Wielkanocnie

Przez kilka lat nie robiłam pisanek. Nie zlożyło się, zabrakło czasu, były różne zmartwienia. W tym roku mi się poszczęściło. Był czas, wena, wewnętrzna pilna potrzeba. No, "czasami człowiek musi, inaczej się udusi". Trafiłam na wpis o jajkach na tym blogu i nie było już odwrotu. Parę chwil na szatańskim pinterestu i już miałam gotowe wzorki do przeniesienia na jajka.


Muszę przyznać, że dłubanie tych koronek to trudne zadanie. Czasochłonne i pracochłonne. Ale warto było trochę nad tym poślęczeć, bo wyszły mi jedne z najpiękniejszych kraszanek w mej rękodzielniczej karierze.


Wesołych Świat Wielkiej Nocy, kochani moi Czytelnicy!


sobota, 21 marca 2015

Mięczak

Za każdym razem, kiedy biorę szydełko do ręki, przypomina mi się, jak się kiedyś zarzekałam, że ja szydełkiem to nigdy w życiu. Że nam ze sobą nie po drodze. Ale zawsze się człowiek gdzieś w sieci natknie na coś, co już, natychmiast! trzeba spróbować zrobić samemu. Nieważne, że się o nowej technice ma pojęcie takie jedynie, że owa technika istnieje. Nie ma innej ścieżki dla kogoś, kto już się otworzył na prace ręczne.
Ja się już z szydełkiem oswoiłam, choć jeszcze mi daleko do biegłości w jego posługiwaniu się. Na szczęście podstawowe umiejętności wystarczą, żeby popełnić takiego cudaka:


Szydełkowanie takiego odjazdowego stwora to bardzo fajna sprawa. Gotowy udzierg sprawia mnóstwo frajdy. No i jeden zalegający w szafie moteczek znalazł zastosowanie* (włóczka Opus Polo Natura). 
Dedri Uys, autorka wzoru była na tyle uprzejma, że udostępniła go za darmo na Ravelry:



*) to znaczy, że zapasy włóczki "schudły" o 100 gramów. Mało. Trzeba dziergać więcej!

poniedziałek, 16 marca 2015

Sweterek dla Evci

Znacie te małe laleczki? 
Jedna taka trafiła do mnie całkiem goła, biedaczka. Machnęłam jej gatki z cienkiego dżerseju i sweterki, oba wedle tego samego "przepisu", powstałego ad hoc.
Jakby ktoś z was miał gołą Evcię i nie miał pomysłu na jej przyodzianie, to może skorzystać:

Potrzebna jest włóczka typu fingering, czyli dość cienka. Reszteczki po skarpetkowej się nadzą. Druty numer dwa, najlepiej pończosznicze. Na marginesie dodam,  że użyłam Knit pro, mówiąc szczerze specjalnie zakupionych do lalkowych udziergów, albowiem można je dostać w trzech długościach. Ja akurat mam dwudziestocentymetrowe. Te krótsze mogą źle leżeć w dłoniach, dłuższe są, no cóż, za długie do tak małych obwodów. 



Nabieramy 24 oczka. Najlepiej użyć metody włoskiej, bo daje bardzo elastyczny początek robótki.
Ta elastyczność jest tu bardzo potrzebna, bo sweterek nie ma rozcięć ani żadnych innych ułatwień do ubierania lalki. Ponadto samo nabranie oczek tą metodą daje nam dwa rządki w ściągaczu 1x1, absolutnie wystarczające jeżeli chodzi o kołnierzyk. Jak ktoś chce, może nabrać oczka od razu do pracy
w okrążeniach. Ja to zrobiłam po zrealizowaniu początku robótki (czyli w rzędzie trzecim).


okr.3 Dzielimy oczka tak, by było ich po sześć na każdym drucie, zaznaczamy początek robótki i robimy jedno okrążenie prawymi.

okr.4 Zaczynamy dodawać oczka na ramiona: przerabiamy 5o.p, dodajemy 1o.p, przerabiamy 2o.p., dodajemy 1o.p., przerabiamy 10o.p, dodajemy 1o.p., przerabiamy 2o.p., dodajemy jedno o.p., przerabiamy na prawo do końca okrążenia.

okr.5 Przerabiamy 5o.p., dodajemy 1o.p., przerabiamy 4o.p., dodajemy 1o.p., przerabiamy 10o.p., dodajemy 1 o.p., przerabiamy 4 o.p., dodajemy 1 o.p., przerabiamy do końca okrążeniana prawo.

okr.6 Przerabiamy 5o.p, 6o.l., 10o.p, 6o.l., 5o.p.

okr.7. Przerabiamy 5o.p, dodajemy 1.o.p., przerabiamy 6 o.p., dodajemy 1 o.p., przerabiamy 10o.p., dodajemy 1 o.p., przerabiamy 6o.p., dodajemy 1o.p., przerabiamy do końca okrążenia.

okr.10 Przerabiamy 5o.p., 8o.l., 10o.p., 8o.l., 5o.p.,

okr.11 Przerabiamy 5o.p., zamykamy 8 na prawo, przerabiamy 10o.p., zamykamy 8 oczek na lewo.

okr.12 Przerabiamy 5 o.p., dodajemy trzy oczka, łączymy z robótką i przerabiamy 10o.p., dodajemy 3 oczka, przerabiamy do końca okrążenia.

Robimy 4 okrążenia prawym dżersejem, trzy okrążenia ściegiem francuskim (lewe, prawe, lewe), zamykamy oczka na prawo.
Wszywamy nitki i już. Gotowe :-)




W opisie, niestety, mogą czaić się błędy. Jeżeli jakiś zauważycie, dajcie znać, to się poprawi.



piątek, 16 stycznia 2015

Kominek plus coś na kształt noworocznego postanowienia


Tak mnie naszło na uzupełnianie zaległości. Tym razem prezentuję komin, popełniony jesienią. Przepis jest prosty: bierzesz włóczkę, która zalega ci w szafie od lat i wypada na ciebie za każdym razem, kiedy tą szafę otwierasz. Sprawdzasz, czy wzór, który chodzi ci po głowie od miesięcy zagra z tą włóczką. Dziergasz. 



Forma prosta, wzór stokrotek gra pierwsze skrzypce, włoski włóczki lekko usztywniają całość. 



Zaadaptowanie wzoru stokrotek do dziergania w okrążeniach stanowiło pewne wyzwanie. Koniec końców mi się udało, ale nie pytajcie mnie, jak to zrobiłam, bo sama nie wiem, czy zdołam powtórzyć taki wyczyn. Tak się po prostu zrobiło i już. Sama włóczka to puchaty  budyń bez metki z second handu. Nie podejrzewam jej o dużą zawartość włókien naturalnych. Robione na drutach 5 mm, o ile się nie mylę.

A z innej beczki: 
Trafiłam w sieci na patent na opanowanie zapasów włóczkowych, mianowicie włóczkową dietę. Najpierw robi się inwentaryzację i waży całe zapasy (lub przynajmniej kataloguje w uporządkowany sposób - to stan wyjściowy. Na koniec roku podsumowuje się ilość "kalorii zużytych", czyli wagę udziergów i porównuje z ilością "kalorii pobranych", czyli z zakupami.
I ja właśnie zamierzam sobie taką włóczkową dietę zaordynować. Tak więc trochę zabawy przede mną (i przed dzieciakami, oczywiście - nic bez małych pomocników w domu dobyć się nie może, niestety).

środa, 14 stycznia 2015

Czapkowa pogoda

Mamy wciąż czapkową pogodę, więc czapkę zrobiłam. Akurat ta czapka jest świetna na obecne +7 stopni. Miło otula, nie grzeje za bardzo. Milutkie mięciutkie zagospodarowanie jednego motka Baby Merino od Dropsa. Mówiąc szczerze jeszcze nigdy nie zrobiłam nic dla siebie z tej włóczki, ale koniecznie muszę nadrobić ten temat, bo to bardzo dobra włóczka.

Sama czapka powstała według najświeższego wzory Justyny. Po szczegóły odsyłam was do ravla  
Wzór jest perfekcyjny - od włoskiego nabierania oczek (dającego "sklepowy wygląd" ściągaczowi), przez subtelny i interesujący wzór na otoku aż do ładnego i sprytnego zakończenia czapki. Żadnych niedoróbek. 



No i cóż ja jeszcze mogę dodać? Może tylko to, że jestem przeszczęśliwa z tego powodu, ze od wrzucenia robótki na druty do wrzucenia relacji na blogaska, po drodze z przyzwoitą, choć krótką sesją fotograficzną, nie minął nawet tydzień. A to się ostatnio nie zdarzało. Jest światełko w tym tunelu i chyba to nie pociąg.



Pozdrawiam was, moi czytelnicy i do następnego wpisu.

niedziela, 14 grudnia 2014

O wełnie z innego punktu widzenia

Każda dziewiarka zaczyna się z czasem zastanawiać, czemuż to nie ma u nas dostępnej naszej wełny, która byłaby co najmniej przyzwoitej jakości oraz której cena nie zwalałaby z nóg już od progu pasmanterii.

W pasmanteriach lokalnych mnóstwo mamy wełen zrobionych z krajach bliższych lub dalszych, wcale nie tak znowu tanio, a w pasmanteriach internetowych mamy obecnie pełną paletę wełen z najdalszych zakątków globu, za którą trzeba płacić jak za zboże.

Ostatnio kupiłam wełnę Schachenmayr, wyprodukowaną w Rumunii. Nie tak znowu daleko od nas, prawda? Możemy też kupić wełny litewskie, estońskie - prawi po sąsiedzku. A u nas mamy tylko hobbystycznie przędzoną przez góralki (jeśli nie Chińczyków) z wełny stanowiącęj tak naprawdę odpad z hodowli owiec na mięso. Jakość jej zna każdy, kto sie z wełną spod samiuśkich Tater zetknął. I dobrze, jeśli ta wełna nie zawiera domieszki waty.
Podobnie, każdy zajmujący sie rekonstrukcją historyczną utyskuje na lichą ofertę sukna wełnianego, która skazuje go na sukna włoskie, a sukna takie kosztują majątek. A suknia kobieca wymaga użycia wielu metrów materiału (no, co najmniej czterech).

Natknęłam się ostatnio na nowy kwartalnik o szerokiej tematyce. Jest to Szkoła Nawigatorów. Redakcja prawie co numer zamieszcza artykuł na temat losów zakładów włókienniczych w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem tego, co się działo z nimi w czasach jak najsłuszniej minionych. A działo się tyle, że przemysł włókienniczy w Polsce został w czasach komuny zarżnięty. Wydawać by się mogło, ze to wszystko wina komunistów, nie?Ale ja nie o tym.
Trafiłam tam (w numerze z czerwca br.)między innymi na przedruk fragmentu książki Klementyny Żurowskiej "Z Leszczkowa w świat", który traktuje o zakładach Romana Żurowskiego "Leszczków" z województwa lwowskiego, oczywiście z okresu międzywojnia. Jest tam o tym, jak z małej przyfolwarcznej gręplarni dla okolicznej ludności powstał w kilka lat prężny zakład produkujący sukno wełniane słunne i popularne w całej Polsce. Zakład ten szczycił się tym, że do tkania sukna używa wyłącznie materiału, to jest runa, pochodzącego z Polski. A contrario, pozostałe zakłady produkcyjne używały materiału importowanego. Dlaczego trzeba było sprowadzać runo/czesankę/nici do tkania wełen w Polsce? Dlaczego to się bardziej opłacało, spytacie? Przecież koszty transportu, i tak dalej...
link do żródła

Zajrzyjmy do tekstu:
"Początkowo w okresie międzywojennym fabryki włókiennicze, produkujące materiały na mundury dla wojska, pracowników kolei i innych służb państwowych, pod przymusem używały nakazanego przepisami procentu wełny krajowej. Preferowano bowiem surowieczagraniczny, lepiej opłacalny i który nie nastręczałtylu problemów w produkcji co wełna krajowa, niestandaryzowana i wymagajaca żmudnego sortowania. Tymczasem w latach 1931-1932 "Leszczków" wykonał kilka tysięcy koców wojskowych ze stuprocentowej wełny krajowej. Dało to podstawę do wydania zarządzenia o stosowaniu wyższego procentu wełny krajowej w wyrobach produkowanych dla dostaw państwowych. Tym sposobem, propagująca wełnę krajową, "Leszczków" stymulował rozwój hodowli owiec."
Co wynika z tego tekstu? Otóż nie było w Polsce wysokiej kultury przygotowywania wełny do przerobu. Co kto sobie w zagrodzie wyhodował i ostrzygł, własnoręcznie posortował, uprał i uprządł, to jego. Współczesne polskie prządki, hobbystycznie zajmujące się przerobem wełny "od owcy do gotowego swetra" świetnie wiedza, ile ciężkiej pracy kosztuje efekt, powstały, jak to już powiedziałam, z materiału odpadowego hodowli owiec na mięso. Nadto, owczarstwo nie było zbyt dobrze rozwinięte.
Tekst ten daje nam jeszcze jedno do zrozumienia: obecnie nikogo nie zajmuje temat stymulacji owczarstwa, promocji wełny i tak dalej. Tak zwani rządzący już od dawna przeciez nie sa zainteresowani w rozwoju i różnorodności rolnictwa, licza się dla nich jedynie wielcy producenci. Ja wiem, że obecnie mamy taką powódź materiałów syntetycznych - i tych tandetnych i tych wysoko wyspecjalizowanych. ze wełna jest po prostu niemodna, uważana za kłopotliwą. Że komu by się chciało...

No właśnie, komu?

wtorek, 18 listopada 2014

Serwetka na dzień matki

Dwa i pół roku temu wyszydełkowałam serwetkę, która miała być prezentem na rzeczone święto. Z wyszydełkowaniem sobie poradziłam, na wykończenie musiała czekać latami przekładana z kupki na kupkę, z pudełeczka do pudełeczka, z nadzieją, że może już niedługo...
Czas jej nastał przy okazji krochmalenia śnieżynek (czy jestem pierwsza z tematem śnieżynek w tym roku?), których nie pokażę, bo już pofrunęły do nowego domu.
Okazuje się, że wykończeniówka przy takiej serwecie może człowieka... wykończyć. Ale ja jestem nie przyzwyczajona, takie rzeczy się u mnie blokują niezwykle rzadko. Dobrze, że dziecko pomagało,  bo mogłabym nie zdzierżyć, hy hy...



Dziś tylko tyle, bo znowu usiłuje wyrwać trochę czasu dla siebie. Notka przez to niedorobiona, ale mam tak jak w tym dowcipie o robotnikach - panie, taki zasuw mamy, ze nie ma kiedy taczek załadować...
Następny wpis będzie albo znowu szydełkowy - śnieżynkowy, albo sweterkowy, co zależy od tego, kiedy dotrę do pasmanterii po guziki...