poniedziałek, 25 lipca 2016

Wciąż zakręcona...

Runo owcze wypełnia moje myśli. Poziom lanoliny we krwi osiąga wartości krytyczne, możliwe, że wkrótce przedawkuję. Z dziką rozkoszą eksploruję nowe pola rękodzielne porzucając dotychczasowe zajęcia.
Nie oznacza to, prawdę mówiąc, że mam wielkie sukcesy w tych nowych dziedzinach, raczej wiele całkiem udanych prób uratowania się z katastrofy. Na przykład podczas ostatnich prób farbowania czesanki nie dość że zachlapałam kuchnię (barwniki dość łatwo wżarły się w kuchenne linoleum), nie dość, że jak obłąkaniec, pochlapałam całe 200 gramów czesanki barwnikami o stężeniach tak gęstych, że łyżka staje, to jeszcze tę nieszczęsną czesankę dość skutecznie sfilcowałam. Niecierpliwość przy farbowaniu czesanki nie popłaca :-(
Wciąż jeszcze w pełni nie rozumiemy się z kołowrotkiem. Wcześniej kręcił ładnie, teraz kręci brzydko, a to z powodu kombinowania z naciągami. Mój kołowrotek, co to ponoć Holender płakał, jak go sprzedawał, jest kołowrotkiem o podwójnym napędzie. To znaczy, że od koła do zespołu wrzeciona idą dwa sznurki, jeden na szpulkę, drugi na przęślik. Sugerując się wpisami w fejsikowym Klubie Prządki (stanowiącym niejako kontynuację myśli przewodniej strony Polskie Wrzeciona) postanowiłam pozmieniać ze sznurki napędowe na coś innego, skutkiem czego trudno mi jest teraz dokonać regulacji, dzieją się rzeczy, których nie rozumiem i które próbuję poprawiać w drodze eksperymentu; tym sposobem niszczę kolejne partie czesanki.
A wszystko to oczywiście w asyście dwuipółletniej osóbki, która już próbuje przejąć moje miejsce przy kołowrotku. Serio. Zatem zeszłoroczne zdjęcie ze skansenu okazało się niejako prorocze.


czwartek, 9 czerwca 2016

Zakręcona, zakręcona...

Kiedyś, dawno, dawno temu obiecałam sobie, że wrócę do tematu przędzenia. To jest jednak bardzo relaksująca czynność. Na moim etapie zaawansowania, czyli "początkująca ale kuma, o co biega" doceniam wszystko, co z tych początków uprządków wynika:
1) że można zrobić "coś z niczego" (umownie)* i mieć ogromną satysfakcję,
2) że nawet kiedy się nie ma akurat większej ochoty machać drutami to wciąż można mieć kontakt z wełną (tak czasem mam - drutować mi się nie chce, ale chętnie coś przewinę, coś pofarbuję, coś miękkiego,
z wełny, ach)
3) a ostatecznie można w oczach znajomych i postronnych uchodzić za uberhipstera, jesli komu na tym zależy (zdaje się, ultramega hipsterom nie zależy ;-) ).


Zatem niedawno wróciłam do przędzenia. Zapisałam się na kurs przędzenia na kołowrotku u Justyny Tysi, która akurat pod koniec maja przyjechała z kołowrotkami do Warszawy. Nie mogłam oczywiście tego przegapić, bo skoro góra przybyła do Mahometa...
Justyna przedstawiła nam najpierw bazowe wiadomości, dała pomacać i pomiziać najprzeróżniejsze włókna (i przy okazji zidentyfikowała, z czego jest moja chusta, okazyjnie nabyta na bazarze, która to chusta z pewnością jest tematem na osobny wpis). Następnie przyszło nam, kursantkom zapoznać się z kołowrotkami: gdzie przód i tył ;-) , wyczuć pedałami kołowrotka siłę zamachową kółka, oswoić się z latającymi skrzydełkami zespołu wrzeciona (ależ to się szybko kręci!).
A potem przewlekłyśmy pasmo czesanki przez pętelkę w nitce początkowej (liderze) i mogłyśmy się zabrać do dzieła. Wrażenia z kręcenia kołowrotkiem " na sucho", bez czesanki, są nieco mylące. Wprawdzie skrzydełka kręcą się szybciutko, to jednak nitka potrzebuje chwilki, by powstać, odpowiednio się skręcić i zostać nawiniętą na szpulkę. Jak tylko się wyczuje ten moment, można się rozluźnić i skoncentrować na wysnuwaniu kolejnych porcji czesanki z pasma i podawania jej kołowrotkowi.
Program zajęć obejmował pracę dwoma różnymi czesankami w pasmach (coburger i brązowy hiszpański merynos, obie wypatrzyłam w ofercie sklepu hobby-welna.pl), a także z błamu, czyli lekko jeszcze tłustej od lanoliny wełny zgręplowanej na kołdry (też się da prząść, mimo że włókna nie są uporządkowane jak w czesankach). Za każdym razem, kiedy zmieniałyśmy czesankę, myślałam sobie: jak to, już mam kończyć? tak dobrze się kręci!
Ale na koniec kursu Justyna przygotowała prawdziwą torpedę! Udostępniła nam gręplarkę bębnową (drum carder, przedmiot pożądania - mój także) i różnokolorowe czesanki i włókna. Można było stworzyć własny batt (porcja zgręplowanej wełny) i zobaczyć, jaka z tego wychodzi nitka. Wiola poszła w błękity, Asia w róże, ja postawiłam na Bollywood. Bo jak szaleć, to szaleć!
Przyznam się, że jako prawdziwa sroka, miałam ogromną przyjemność obserwować, jak się nitka zmienia w zależności od tego, co się z batta wysnuwa. Miałam tam trochę nylonu (żółty, połyskliwy), fioletowej angeliny (wygląda niezachęcająco w torebce z zapasami, jak lameta na choinkę, ale wkręcona w nitkę - cudo!), i błękitny jedwab. Ten ostatni nie rozczesał się zbytnio na gręplarce, co mnie martwiło na początku, ale potem przestało, jak tylko zobaczyłam co te loki jedwabiu robią z nitką. Mianowicie robią jej dobrze (dodawanie podtekstów do tego zdania jest jak najbardziej uprawnione).
Na koniec kursu przyszło nam się uczyć wykańczania nitki, to jest dwojenia (dublowania) i przewijania (zabiegi kosmetyczne typu pranie już w domku, oczywiście). Po dwóch dniach kręcenia każda z nas miała już dwie szpulki pojedynczej nitki (singla), więc było na czym pracować. Ponieważ pokochałam swoją bollywoodzką nitkę, początkowo było mi nie w smak łączenie jej z poprzednimi, jednokolorowymi. Ale znowu: dziki melanż został okiełznany i nadaje się do pracy. Zupełnie jak z mustangami na amerykańskich preriach.


Z kursu przędzenia na kołowrotku wyszłam ze sporym moteczkiem włóczki całkiem nadającej się jako artystyczny dodatek do czegoś w przyszłości (widzę komin-ocieplacz w neutralnym kolorze z z lekkim szewronem), co można obnaszać po świecie puchnąc z dumy. Naprawdę.
Na koniec chciałabym dodać, że jestem pełna podziwu dla umiejętności Justyny, która w fantastycznej atmosferze przekazała nam w uporządkowany sposób mnóstwo wiedzy, przydatnej w rozwijaniu umiejętności prządki.
Więc jeśli zastanawiacie się nad kursem nauki przędzenia na kołowrotku, to kursy prowadzone przez Justynę gorąco polecam!

piątek, 13 maja 2016

Castonitis


No i proszę, czy to nie podpada pod jednostke chorobową? Dwubiegunową?
Bo po kilkumiesięcznym "prawie-że-rozstaniem-się" z dziewiarstwem mam na drutach rozpoczętych pięć robótek, w tym dwa szale, jeden sweter, co się od zeszłego roku doczekać ukończenia nie może i dwa projekty skarpetkowe. A jeszcze mnie swędzi, żeby nabrać oczka na czapkę.
Jeden szal jest na KAL, Big Jim w ramach wspólnego dziania w grupie Justyny Lorkowskiej na ravlu.


Drugi szal pójdzie w dal, bo jest z zalegających włóczek nie w moich kolorach, nie w moim stylu, ale wciąż ładny. I wzór na niego spiszę.


A ten sweter, donnerwetter, muszę wciągnąć na tapetę, bo mi został tylko podkrój szyi i rękawy (zdjęcia aktualnie niedostępne). Idzie wolno, bo na bieżąco wymyślam, co mam dalej robić, idzie opornie
Nie skarpetki dla kobietki niewielkiej robię, ale getry, choć według wzoru skarpetkowego. Ale może być trudno, bo wzór jest "gupi". Zawsze, gdy coś próbuję zrobić z Dropsa, muszę kombinować z rozmiarami. I nie wiem, czy z tej rozmiarówki można wnioskować, że dziewczątka szwedzkie mają o łydeczki niczym trolle górskie? A włóczka jest jeszcze "gupsza", nie jest najmilsza w dotyku. Tania włóczka w taniej jakości. Grrr... Także raczej anihiluję ten projet.

A dla ostatnich skarpetek nie mam rymu, ale za to robienie ich sprawia mi frajdę, bo mi się podoba i wzór
włóczka. Się okazuje, ze fabelki dropsowe są wzorem miękkości i przytulności przy włóczce ze sklepów dyskontowych z mydłem i powidłem pod zasłoną dymną "Tiger".



poniedziałek, 2 maja 2016

Chcę nad morze!

Proszę, jednak wygadanie się dobrze robi kobiecie na głowę. Pozrzędziłam o depresji dziewiarskiej i natychmiast wzięłam się za oczyszczanie fengszujów w obrębie włóczki. Parę motków już zaraz przytuli się w nowych domach do nowych właścicieli, kilka innych przekształca się właśnie w coś fajnego. W coś pasiastego, jak to u mnie często bywa. W coś lekkiego i dwustronnego, niezbyt wymagającego w dzierganiu a potem w noszeniu.
I w letnich kolorach! Ach, chcę pojechać nad morze!


środa, 27 kwietnia 2016

Paski, paseczki...

Jak do tej pory kupowałam włóczki pod wpływem impulsu. Tak też było z zestawem kolorystycznym, o którym poniżej. Zaczęło się od tego, że zapragnęłam wciągnąć w włóczkoholiczne bagno moją siostrzenicę*. Ma zręczne rączki, trzaska bransoletki z gumeczek, więc pomyślałam, że laleczka dziewiarska może być prezentem w sam raz dla sześciolatki na urodziny. No ale weź człowieku, kup samą laleczkę dziewiarską online. Przesyłka to przecież drugie tyle ceny. Szkoda by było nie dorzucić tych fajnych motków baby merino, tym bardziej, ze już dawno chciałam wypróbować nowe kolory.

Kiedy motki wyskoczyły z pudełka, od razu zapragnęły być wydziergane razem. I to najchętniej natychmiast! Wiadomo, oprzeć się takiemu zewowi nie sposób. Nabrałam, podłubałam, odłożyłam. Bo ambitnie założyłam zmianę koloru co jeden rządek, a operowanie czterema motkami naraz to nie lada sztuka. A potem jeszcze z kalkulacji wyszło, ze rękawków ni chu chu nie zrobię w okrążeniach, bo będą dziury. I tak sobie czekał projekt na lepsze czasy, aż poszłam po rozum do głowy. Bo przecież sweterka dla małego dziecka nie można dziergać latami, lepiej go skończyć, zanim docelowy nosiciel z niego wyrośnie. Przysiadłszy na trochę, skończyłam. Udało się całość wykonać zgodnie z założeniem o niekupowaniu nowych włóczek (a niedaleko było, by się wyłamać…). I nawet te rękawki zszyłam, co w ogóle było super pomysłem. Mam bowiem pasiaka bez uskoku kolorystycznego (ja się szycia nie boję, przecież tyle sukni z wełny kiedyś ręcznie natrzaskałam). I wychodzi, że można wprawdzie szycia dzianiny nie lubić, ale warto umieć.

A docelowy nosiciel, wybrawszy guziczki, nosi teraz sweterek z upodobaniem. Nawet upiekło mi się z tym rozmiarem, bo postawiłam na luźny splot, to znaczy na druty duże, więc jeszcze dziecię w swetrze pochodzi (chociaż teraz wygląda w nim troszkę jak dziecko z Doliny Muminków, znaczy, sweterek jest przyduży).



*) poniekąd się udało, ponieważ siostrzenica udłubała sobie na laleczce sznureczek, używając multikolorowej, efektownej włóczki.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Ombretta

Po pewnym wymagającym projekcie, o którym innym razem (bo obfotografowanie go również jest wymagające) bardzo pragnęłam jakiejś natychmiastowej gratyfikacji. Czegoś błyskotliwego, co się robi błyskiem. No i trafiłam przypadkiem, szukając czegoś zupełnie innego na zdjęcie poniżej. Uśmiechnęło się do mnie z wyszukiwarki obrazkowej*:

http://knitcafemodena.blogspot.com/2011/05/la-sciarpina-traforata-di-ombretta.html

A ja akurat miałam zakitrany w szafie moteczek z kawałkiem Adriafilu Avantgarde po takim jednym fajnym swetrze, o którym się nawet na blogasku nie zająknęłam. I garść koralików z Shipwrecka; mój Boże! z pierwszego roku dokumentowania mych osiągnięć dziewiarskich. Prawdę mówiąc zestaw ta włóczka plus te koraliki próbowałam wykorzystać chyba w trzech odmiennych aranżacjach, ale dopiero z tym wzorem stworzyły ekstra kombinację.


Wzór jest przyjazny tak niewielkiej ilości włóczki, gdyż szaliczek robi się od dołu, od pierwszego listka, i przyrasta aż nam się znudzi albo do momentu zużycia włóczki. Łatwo go zapamietać, troszkę się w nim dzieje ciekawego, nie da się nad nim zasnąć, jak nad dżersejem. i daje po zblokowaniu naprawdę ładną dzianinę, nie na tyle skomplikowana, by się "zgubiła" podczas noszenia, ale i przyciągającą oko.

 

A jeszcze miałam możliwość zaspokojenia swojego koralikowego fetyszu, więc summa summarum po dwóch(!) dniach dziergania mogłam przystąpić do wykończeniówki, a na trzeci dzień omotawszy się tym drobiazgiem poleciałam w świat by się chwalić na prawo i lewo.





*) i cóż, ze po włosku. Google translate dało ogólny obraz tego, co się w tym wzorze dzieje, a koronka to stare dobre podkowy, z Szetlandów czy innych tam Wysp Owczych.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Depresja dziewiarki

Muszę się do czegoś przyznać - mianowicie do potężnego kryzysu dziewiarskiego. Dopadł mnie tej zimy i spowodował przewartościowanie priorytetów rękodzielniczych.
Tak się bowiem złożyło, że wróciłam do pracy wprost z pieleszy domowych. Konieczne było poustawianie harmonogramów na nowo, wiele rzeczy trzeba robić w biegu, inne w międzyczasie, i kiedy już wieczorem mam wszystko pozałatwiane a dzieci smacznie śpią w swych łóżeczkach, jak przerabiam pół rzadka i odpływam w objęcia morfeusza.
Każdy wie, ze tak się niczego nie wydzierga, chyba ze jakąś płachtę z małych elementów. A już z pewnością nie sweterek dla szybko rosnącej dziewczynki.
Zatem przemyślałam rozmaite kwestie okołodziewiarskie, a tak naprawdę wszystko co dotyczy skróconego mocno czasu własnego i wyszło mi przede wszystkim, że nie powinnam testować wzorów. Każdy, kto testuje, wie, ze to jest dzierganie obarczone pewną odpowiedzialnością, począwszy od wzmożonej uwagi przy czytaniu wzoru a na określonym terminie skończywszy. Będąc w trybie "zombie" nie jestem w stanie sprostać ani jednemu, ani drugiemu.


Przyjrzałam się również z bliska moim zapasom dziewiarskimi i urosło we mnie postanowienie pozbycia się około 3/4 włóczek. Nie ten kolor, nie ten skład, chemia też już wyblakła, to jest miłość osłabła. Więc możecie się spodziewać tutaj jakichś akcji typu sprzedam/oddam/zamienię.

Kolejna sprawa. Zdecydowanie muszę przestać dziergać "do szafy". O ile potomstwo jeszcze w miarę bezkrytycznie nosi efekty moich kompulsywnych wyborów, to jednak mam kilka rzeczy zrobionych w ciągu robótkoholicznym, które już zostały dawno zapomniane, a na które natykam się podczas okresowych odkrywek w szafach. Także teges, chyba jakieś konto butikowe sobie założę i puszczę toto w świat, co będą leżeć na pastwę moli.


No bo przecież hobby jest po to by sprawiać radość, dawać satysfakcje, a nie być obciążeniem dla fengszujów i innych przepływów energetycznych, prawda?

Nie wiem, na ile uda mi się wskoczyć w założenia, bom dotąd kwitła dziewiarsko jako ten polny kwiat, a tu przyjdzie zostać ligustrem w żywopłocie, ale może uda mi się zrobić trochę miejsca w szafach. Na te fajniejsze włóczki oczywiście. Albo na nowe hobby? Kto wie?