Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 kwietnia 2016

Paski, paseczki...

Jak do tej pory kupowałam włóczki pod wpływem impulsu. Tak też było z zestawem kolorystycznym, o którym poniżej. Zaczęło się od tego, że zapragnęłam wciągnąć w włóczkoholiczne bagno moją siostrzenicę*. Ma zręczne rączki, trzaska bransoletki z gumeczek, więc pomyślałam, że laleczka dziewiarska może być prezentem w sam raz dla sześciolatki na urodziny. No ale weź człowieku, kup samą laleczkę dziewiarską online. Przesyłka to przecież drugie tyle ceny. Szkoda by było nie dorzucić tych fajnych motków baby merino, tym bardziej, ze już dawno chciałam wypróbować nowe kolory.

Kiedy motki wyskoczyły z pudełka, od razu zapragnęły być wydziergane razem. I to najchętniej natychmiast! Wiadomo, oprzeć się takiemu zewowi nie sposób. Nabrałam, podłubałam, odłożyłam. Bo ambitnie założyłam zmianę koloru co jeden rządek, a operowanie czterema motkami naraz to nie lada sztuka. A potem jeszcze z kalkulacji wyszło, ze rękawków ni chu chu nie zrobię w okrążeniach, bo będą dziury. I tak sobie czekał projekt na lepsze czasy, aż poszłam po rozum do głowy. Bo przecież sweterka dla małego dziecka nie można dziergać latami, lepiej go skończyć, zanim docelowy nosiciel z niego wyrośnie. Przysiadłszy na trochę, skończyłam. Udało się całość wykonać zgodnie z założeniem o niekupowaniu nowych włóczek (a niedaleko było, by się wyłamać…). I nawet te rękawki zszyłam, co w ogóle było super pomysłem. Mam bowiem pasiaka bez uskoku kolorystycznego (ja się szycia nie boję, przecież tyle sukni z wełny kiedyś ręcznie natrzaskałam). I wychodzi, że można wprawdzie szycia dzianiny nie lubić, ale warto umieć.

A docelowy nosiciel, wybrawszy guziczki, nosi teraz sweterek z upodobaniem. Nawet upiekło mi się z tym rozmiarem, bo postawiłam na luźny splot, to znaczy na druty duże, więc jeszcze dziecię w swetrze pochodzi (chociaż teraz wygląda w nim troszkę jak dziecko z Doliny Muminków, znaczy, sweterek jest przyduży).



*) poniekąd się udało, ponieważ siostrzenica udłubała sobie na laleczce sznureczek, używając multikolorowej, efektownej włóczki.

środa, 8 sierpnia 2012

Mój rekonstruktorski wielki powrót

Budowałam napięcie w kwestii mojego powrotu do odtwórstwa już od kwietnia - bardziej w realu z resztą, niż na blogu. To znaczy z powodu napięcia w realu nie starczyło mi mocy, by się wam pochwalić pracą nad naszymi mediewalnymi fantami. Pod koniec prac, jak to zawsze bywa, ścigałam się z czasem i zawierałam kompromisy pomiędzy ideą a mocami przerobowymi. Udało się! Zapakowałam Króliczka i furę gratów do kombi i pomknęliśmy trasą krajową numer 7 w stronę przeznaczenia. To znaczy na pole świecińskie, gdzie rokrocznie odbywa się inscenizacja bitwy pod Świecinem.

Dobrzy koledzy z Chorągwi Oliwskiej rozstawili nam namiot, który przetrwał prawie tydzień obozowania w zmiennych warunkach atmosferycznych. Przy okazji przekonałam się, że dobry namiot nie jest zły, a lniana tkanina w odpowiednio skrojonym namiocie skutecznie chroni przed słotą. Zaliczyliśmy pół dnia regularnej ulewy, a nasze rzeczy mimo to pozostały suche.


Był to dla mnie wyjazd pionierski pod każdym względem. Pierwszy mój wyjazd "polowy", pierwszy raz z Króliczkiem, i to na tak długo, no i prawie żadnej znajomej duszy w promieniu 150 kilometrów. Daliśmy radę! I mieliśmy do tego sporo frajdy!


Pod względem towarzyskim impreza była udana, bowiem udało mi się odświeżyć i zacieśnić przelotne znajomości i zawrzeć nie mniej cenne nowe.

Natomiast współczynnik przeniesienia się w realia piętnastowieczne był mocno-takisobie. Ponoć bywało dużo lepiej. Nie mam porównania, bo byłam tam pierwszy raz, ale niedociągniecia "klimatyczne" widoczne były gołym okiem. Momentami można było się poczuć jak na "turnieju rycerskim", co nie jest komplementem. Macki festynu dotarły nawet do obozu odtwórców. W środowisku odtwórczym pośród uczestników powstał nawet, coroczny z resztą, flame, z tym że jakby bardziej ognisty. Tak więc losy samej imprezy są raczej niepewne.

Wniosek jest taki, że jeśli w przyszłym roku organizator odpali inscenizację bitwy pod Świecinem, to najprawdopodobniej pojawię się tam znowu. W końcu darmowy nocleg nad morzem to nie lada okazja ;-)

środa, 11 lipca 2012

O żesz!...

O żesz!...
Tyle czasu już minęło od ostatniego wpisu?!
Trochę mi głupio, bo naobiecywałam mnogość ciekawości, a tu plaża...

Chwilowo nie dziergam, w ogóle chyba jestem typem dziergacza sezonowego. Wiosną i latem drutów nie tykam. Rutynowy przegląd nowości na Ravelry nie dostarcza takiego dreszczyku emocji. Druty i motki ładnie pochowane w szafach - jak nie u mnie!
Teoretycznie powinnam kłaść ściegi jak szalona przed wyjazdem na Świecino, a muszę się zmuszać, wybieram kompromisy.
Szyję, owszem, ale raczej nie fotografuję, a skoro brak fotogafii, to i brak wpisu. Bo wpis rękodzielniczy bez zdjęcia jest jak przysłowiowy obiad bez musztardy.
Szyję zatem nudne niezbędne rzeczy, jak to nogawice na przykład.

Sensownie tego sfotografować się nie da, no chyba że z pomocą. Ale że trochę jogę trenowałam, ujęcia nie są takie znowu najgorsze...
Z nowych doświadczeń - szyję buty. Butki raczej - skala odpowiednia do nauki :-)

Tu butki jako zupełna surowizna. Trzeba je jeszcze wywrócić na właściwą stronę, podklepać szwy, wszyć wstawkę z boku, wykroić prawidłowo górę no i wykończyć brzegi. Uff...


Robię pawężkę/tarczę do zabawy. Zdjecie przy następnej okazji. W planach jeszcze patyk-konik, może nawet drewniany miecz-zabawka. Dziecię bowiem, przymierzywszy "rycerskie ubranko" stwierdziło, że "ce jesce... ce jesce... ce jesce... hełm! i tarce! i zbroje!" Cóż, zbroja będzie, ale jeszcze nie w tym sezonie.
Szumne i szeroko zakrojone plany obejmują nawet wyplecenie kapeluszy słomkowych, albowiem sierpień ma swoje prawa, należy spodziewać się słońca, a kto wie, czy nawet i nie wściekłego żaru walącego z niebios. Co się uda zrobić - czas pokaże...

niedziela, 13 maja 2012

Beta testy

Zaczął się dla mnie czas szycia. Wprawdzie nie robię tego jeszcze z obłędem w oczach, ale czeka mnie to wkrótce, niestety, i lepiej się do tego przygotować. ZAWSZE coś wyskakuje na ostatnia chwilę. Na razie jest jeszcze czas na próby, tytułowe beta testy.


Pierwsza koszulina dla Króliczka okazała się koszuliną na kogoś mniejszego. No cóż, płótno lniane nie rozciąga się, jak bawełniany dżersej. Mądrzejsza o tą wiedzę znów ujęłam nożyce w garść, by tym razem trafić w rozmiar. Króliczek właśnie testuje wynik.


Jest nieźle, choć mogłaby być o dwa centymetry dłuższa, wykrój szyi węższy, wcięcie w dekolcie krótsze. Ale w sumie nie narzekam. Koszulina jest noszalna, a o to przede wszystkim chodzi.


Kolejny beta test to przymiarki starych sukni. Na szczęście na razie nie trzeba wprowadzać poprawek. Wprawdzie moja figura zmieniła się nieco przez trzy lata, od kiedy miałam tę suknię ostatnio na sobie, to jednak nie ma nad czym załamywać rąk. No i na razie nie będzie dodatkowej roboty. To cieszy.


A z innej beczki: widzieliście już yarn bombing na Placu Zamkowym?

niedziela, 6 maja 2012

Rękodzieło 7/24

Pisałam poprzednio, że spędzam ogólnonarodowe wielodniowe święto nieróbstwa na Mazurach. Tak się jednak składa, że oprócz mnie jest tu również horda Hunów (czyli trójka maluchów poniżej 3 roku życia), w związku z tym ze święta została li i jedynie nazwa.
Na odpoczynek ledwie starcza chwil, na rękodzieło jest ich jeszcze mniej. Ale trzeba znajdować bąble czasowe, zwłaszcza gdy wystąpi jakaś awaria.
Awarią był kompletny brak przygotowania na tak piękną pogodę i o ile z ciuszkami Hunów dało się jakoś pomanewrować, to już z nakryciami ich czerepów było słabo.
Jest potrzeba - trzeba działać.
Jedno przedpołudnie i powstała chustka z daszkiem. Całe szczęście, że ten kawałeczek lnu leżał na wierzchu.

Nie położyłam na nim żadnego innego ściegu, oprócz fastrygi. Ale całość wygląda przyzwoicie i spełnia swą rolę.

W przyszłości, w ramach dostępnych wolnych chwil (hehe...) planowany jest upgrade w postaci hafciku (koniecznie z Krecikiem!).

czwartek, 19 kwietnia 2012

Rekonstrukcja - reaktywacja

Postanowiłam powrócić do odtwórstwa historycznego. Z tej słusznej drogi przed trzema laty zepchnął mnie wypadek i skręcenie kostki, bardzo, jak się później okazało, brzemienny w skutki  (^__-)
A teraz wracam. A właściwie zaczynam od nowa, prawie od zera. Tym razem decyzję podjęłam na tyle wcześnie, by zdążyć się przygotować do sezonu letniego. Do zrobienia ogromne mnóstwo rzeczy, a jednej nawet wielkiej. Muszę przygotować namiot.
Trzeba uszyć wyprawkę dla Króliczka. Dla mnie, chwalić niebiosa, na razie nie trzeba - odpada tak na oko miesiąc wytężonej roboty.

Właśnie przerzuciłam swoje odtwórcze przydasie i zaczynam.
To co widać na zdjęciu, to świeżo skrojona testowa koszulka dla Króliczka, robiona lekko na wyrost. W tej chwili właśnie ją zszywam.


Będę zamieszczać postępy, ale odtwórstwo z pewnością nie zdominuje bloga, ponieważ jestem mistrzem prokrastynacji i z pewnością znajdę jakieś pilniejsze robótki do wykonania (np. w tej chwili zawzięcie ćwiczę szydełkowanie, w planach na najbliższy miesiąc więcej niż jedna rzecz.).
Zaglądajcie, zrobi się multitematycznie ^__^