Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toddler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toddler. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2016

Castonitis


No i proszę, czy to nie podpada pod jednostke chorobową? Dwubiegunową?
Bo po kilkumiesięcznym "prawie-że-rozstaniem-się" z dziewiarstwem mam na drutach rozpoczętych pięć robótek, w tym dwa szale, jeden sweter, co się od zeszłego roku doczekać ukończenia nie może i dwa projekty skarpetkowe. A jeszcze mnie swędzi, żeby nabrać oczka na czapkę.
Jeden szal jest na KAL, Big Jim w ramach wspólnego dziania w grupie Justyny Lorkowskiej na ravlu.


Drugi szal pójdzie w dal, bo jest z zalegających włóczek nie w moich kolorach, nie w moim stylu, ale wciąż ładny. I wzór na niego spiszę.


A ten sweter, donnerwetter, muszę wciągnąć na tapetę, bo mi został tylko podkrój szyi i rękawy (zdjęcia aktualnie niedostępne). Idzie wolno, bo na bieżąco wymyślam, co mam dalej robić, idzie opornie
Nie skarpetki dla kobietki niewielkiej robię, ale getry, choć według wzoru skarpetkowego. Ale może być trudno, bo wzór jest "gupi". Zawsze, gdy coś próbuję zrobić z Dropsa, muszę kombinować z rozmiarami. I nie wiem, czy z tej rozmiarówki można wnioskować, że dziewczątka szwedzkie mają o łydeczki niczym trolle górskie? A włóczka jest jeszcze "gupsza", nie jest najmilsza w dotyku. Tania włóczka w taniej jakości. Grrr... Także raczej anihiluję ten projet.

A dla ostatnich skarpetek nie mam rymu, ale za to robienie ich sprawia mi frajdę, bo mi się podoba i wzór
włóczka. Się okazuje, ze fabelki dropsowe są wzorem miękkości i przytulności przy włóczce ze sklepów dyskontowych z mydłem i powidłem pod zasłoną dymną "Tiger".



wtorek, 29 września 2015

Guzik z pętelką

Wbrew pozorom tytuł nie jest przesłaniem dla osób, które wciąż zaglądają na tę stronę (chociaż wiem, że pracuję sobie na tytuł Najgorszego Bloggera Roku). Tego lata udało mi się coś, czego bym się w życiu nie spodziewała, mianowicie zapomniałam, że bloga posiadam i nawet coś czasem tu wpisuję.
Serio.
Winię upały.

Ostatnio było u mnie o kamizelce w "elficki kamuflaż", więc pociągnijmy ten temat. Kamizelka zrobiła się ekspresowo, zużyła się prawie cała przeznaczona na to włóczka (yesss!), utknęłam na zapięciach. Spośród różnych opcji rozważałam nawet pozostawienie ubranka bez zapięcia, ale córka, mała fetyszystka, nie uznaje ubranek, których nie można zasunąć, zatrzasnąć albo zaguzikować. Ubranka bez zapięcia są nieważne. No to jest zapięcie - guzik z pętelką:


Wszystkie brzegi wykończyłam i-cordem, alem się zawiodła, bo się wszystkie one zawijały. Potrzebowałam fachowego wsparcia. W pasmanterii dowiedziałam się, że potrzebuję bawełnianej taśmy (a nie lamówki, jak sądziłam - cały czas się czegoś uczymy), którą obszyłam co było trzeba. I teraz jest idealnie:


Dla wszystkich, którzy dobrnęli do końca epopei o "Elfickim kamuflażu" mam mały Uśmieszek:


Uśmieszek prezentuje swoją najnowszą czapkę, zrobioną według wzoru Swirl Hat, dostępnego via Ravelry zupełnie za darmo. Czapeczkę machnęłam z CottonMerino Dropsa, zeszło niecałe pół motka. Dziergałam na drutach 3 i 3.25. Ponieważ chciałam dzianinę bez dziurek, wszystkie narzuty przerabiałam jako oczka prawe przekręcone. Ta zmiana powoduje, ze czapka wychodzi mniejsza, więc trzeba wybrać większy rozmiar albo dodać ze dwa powtórzenia wzoru w obwodzie.


Wzór jest bardzo fajny, dość łatwy, twarzowy, a do tego uniwersalny. Jeśli chodzi o włóczkę, to łączy ona zalety wełny z wadami bawełny. To znaczy dla osób, które tak jak ja, nie lubią z bawełną pracować. Jest nieelastyczna (ale się nie rozciąga po praniu) i sznurkowata. Za to jest świetna w utrzymaniu. Dzianina z niej wykonana jest nie za ciepła, w sam raz na okres przejściowy, na ładną jesień.

Na dziś tyle. Dziękuję, że do mnie zaglądacie i do zobaczenia w następnym wpisie!

środa, 24 czerwca 2015

Przypadek dziewiarski

Przypadek zaczął się w Olecku dwa tygodnie temu. Trafiłam do nowo otwartego, jak się potem okazało, nowootwartego. I zaraz przy wejściu znacząco do mnie mrugnęła wielka torba z włóczkami. A ja z tej torby między innymi wyciągnęłam to:


Włóczka Sirdara Folksong Chunky, mieszanka wełny z akrylem.
W kolorze "Treefolk". Urocza nazwa, nie?


Będzie z tego wdzianko dla małej dziewczynki, zapinane na dwa guziki, wykończone i-cordem. Jak mi starczy włóczki, oczywiście. Tak więc Hitchcock.


Zazwyczaj nie robię nic z pstrokacizny, z obawy że mi się zacznie w niechciane wzory - ciapki układać.
No ale chcąc się za tę piękność zabrać, musiałam przezwyciężyć lęki i odważnie ruszyć naprzód. Idzie szybko, bo na grubych drutach (5,5mm i 6mm). A w razie gdyby coś poszło nie tak, mam na tę włóczkę plan awaryjny.


Tymczasem zastanawiam się, jak rozwiązać kwestię guzików. To, ze w szale dziewiarskim nie zrobiłam stosownych dziurek jest akurat najmniejszym problemem. I tak, jest pierwszy pomysł jest na sportowo - dać duże białe napy, obrobić i-cordem na biało. Drugi pomysł jest taki, by utrzymać się w tonie elfickim i zrobić zapięcie na kołeczek z białego sznureczka przyszytego w liściasty deseń. To jakby załatwiało sprawę braku dziurek na guziki. Ale jest też trzecia droga, mianowicie nie dodawać już żadnych fajerwerków estetycznych do mocno efektownej włóczki i dać guziki drewniane, stonowane. A brak dziurek jakoś się obejdzie...
Co wy na to?

Ps: wpis tym razem sponsorowany tym, ze ktoś ukradł lato, jest zimno i wciąż jeszcze, wbrew tradycji, nie odeszła mnie chęć na dziergoty.

Ps2: następny wpis będzie o wełnie innej niż wszystkie.

środa, 6 lutego 2013

Urocza

Wracam w dzierganiu do tego, co mi wychodzi zdecydowanie najlepiej i sprawia najwiecej satysfakcji - do pasiastych kamizelek dziecięcych. Tym razem kamizelka raglanowa dla młodszej siostrzenicy.
To wielka przyjemność zaprojektować i wykonać ubranko dedykowane. Wówczas idealnie wygląda ono na nosicielu. Podobnie jest z Uroczą. Mała siostrzenica jest uroczym aniołkiem, subtelnym i delikatnym, dlatego wybrałam dla niej lekkie, pastelowe kolory. Mimo, że zazwyczaj nie wygląda najlepiej w rózowym, to jednak ten odcień, w połączeniu z pozostałymi, pasuje idealnie.


Całość wykonana jak zwykle z jakichś norweskich czy innych skandynawskich wełen z drugiego obiegu, tym razem otrzymanych od przyjaciółki. Basiu, jeszcze raz dziekuję!


Jak się będzie nosić to się jeszcze okaże, bo Drobiazg Siostry wyjechał do Dziadka.
Za to sama Siostra dochodzi do siebie po kolejnej, bardzo inwazyjnej tym razem chemioterapii. Udało się dopasować dawcę szpiku kostnego, przeszczepienie było w zeszłym tygodniu. Jak się nowe komórki sprawują, będzie wiadomo mniej więcej za tydzień, więc trzymajcie kciuki.
A następnym razem będzie o czymś z zupełnie innej beczki.

sobota, 24 marca 2012

Pasiasta

Pomysły na dzierganie lęgną się różnorako. Czasami inspirację stanowi rzecz ujrzana w przelocie w autobusie, czasem układ kolorów na straganie warzywnym albo też zdjęcie podpatrzone na rękodzielniczym blogu. W przypadku tego projektu pomysł podsunęły same motki.
Mam takie pudełko z motkami 'jedynkami', czasami nawet w dwóch egzemplarzach - wszystkie w żywych barwach, w sam raz na pasiaste drobiazgi. Zaglądam do niego często, bo jestem fetyszystką koloru i czerpię przyjemność z zestawiania, przekładania, wymyślania nowych zestawów kolorystycznych.
Akurat mi się niebieski z czerwonym złożył w taką kamizelkę dla dwulatka.


Zaczęłam rzecz od narzucenia oczek metodą, co w krajach anglosaskich zwie się 'cable cast on'. Nie wiem, czy istnieje polski odpowiednik nazwy. Wydziabałam ściegiem ryżowym kołnierzyk i gładko przeszłam do reglana (rAglana? jak się poprawnie nazywa ten typ konstrukcji swetra?), zmieniając kolory włóczki, jak to widoczne na zdjęciu. Następnie zrzuciłam oczka rękawów na nitkę pomocniczą i przejechałam jeszcze kilka rządków na przód i tył ubranka, by następnie połączyć je i dziergać w okrążeniach aż do dołu. Proste, jak konstrukcja cepa. Następnie wykończyłam dzierganym sznureczkiem (typu ajkord) rękawki i dół, pamiętając, by zmienić druty z czwórek na trójki.
Następnie nabrałam oczka z dekoltu na listwy guzikowe, zrobiłam nawet stosowną dziurkę, ale zapięcia w rezultacie mieć nie będzie, bo tak się lepiej układa.


Wyszło dobrze, ale nie beznadziejnie.
Po pierwsze primo, po zrobieniu całości okazało się, ze lewa strona wygląda ciekawiej, niż prawa, ale ponieważ wyrabiając paski nie cięłam nitek, lecz prowadziłam je po lewej stronie robótki, nie można było po prostu uznać lewej strony za prawą. Trudno.
Powinnam zrobić trochę szersze wycięcia pod pachami.
No i co mnie raz najbardziej, powinnam staranniej przemyśleć konstrukcję kołnierzyka, w szczególności w części widocznej nabrać oczka z drugiej strony (jeśli wyobrażacie sobie, o czym mówię...) Wygląda teraz trochę nieporządnie. Tak więc być może, kiedy będę miała nadmiar czasu i nic innego do roboty, przerobię tę kamizelkę. Chociaż tak, jak jest, też zdaje egzamin i jest chętnie noszona.

A w planach następna pasiasta mała rzecz z pudełka z jednomotkowcami. Wymiary poczynione, tylko muszę namierzyć swoje czwórki, bo gdzieś wsiąkły w tym chaosie twórczym. Muszę się zastanowić jeszcze, czy zrobić tę rzecz innowacyjną metodą bezszwową, czy też wręcz przeciwnie, jak najbardziej tradycyjnie. No cóż, próbka pokaże...

sobota, 28 stycznia 2012

Hurtem

Dzisiaj hurtem. Mam z aparatem ciche dni, więc są problemy z bieżącym raportowaniem o stanie robótek. A posty robótkarskie bez jakiejkolwiek ilustracji to jak opowiadanie o jedzeniu. Niby się da, ale bez organoleptycznego badania to jednak nie to samo. Więc daję hurtem, po interesownej wizycie u mej kochanej siostry.

Na pierwszy rzut - wzory norweskie. Mój pierwszy duży projekt.Powstał jako próba twórczego zagospodarowania złogów włóczki, dodam, ze próba udana. Materiał stanowiła norweska wełna Superwash Ullgarn, kupiona w moim ulubionym sklepiku. Ponieważ jest w kolorze zarypiastego błękitu, wymagała pewnych dodatków tego i owego, by złagodzić pierwszy szok estetyczny. Stąd pomysł na wzór wrabiany.
Podczas pracy długo biłam się z myślami, czy starczy wełny na sweter, czy też bezpieczniej będzie zrobić tuniczkę. W końcu druga koncepcja zwyciężyła. I dobrze.
Góra tuniki robiona według wzoru, na dole zaś dodawałam po cztery oczka co circa dwunaste okrążenie, cztery (albo pięć?) razy. Dolny brzeg podwinęłam, żeby się nie rolował.
Przy wykańczaniu po raz kolejny doceniłam efekty blokowania. Nierówności magicznie zniknęły, oczka za ścisłe i za luźne przestały się rzucać w oczy i w ogóle całość wypiękniała. Ach.



Kolejny projekcik to kamizelka udziabana z Baśki - podwójną nitką na drutach rozm. 6 według tego wzoru. Była nagła potrzeba wzbogacenia garderoby Króliczka, potrzeba została szybko zaspokojona, ale Baśka solo w tym kolorze wyglądała co najmniej niezadowalająco, co z resztą Króliczek dał mi do zrozumienia, usiłując wyjść z kamizelki przy każdej nadarzającej się okazji. Nudny, majtkowy błękit, niemalże babski, w zupełnie neutralnym dizajnie potrzebował pilnie lekkiej nutki dekadencji.
Stąd pomysł na rybki:




Wykonanie jakie jest, każdy widzi. Mój związek z szydełkiem jest jeszcze młodziutki, a postępy nieśmiałe. Ale nareszcie kamizelka zaczęła wyglądać, a Króliczek - nosić. I o to chodziło.





Na samym zaś końcu przedstawiam komplecik z Azteki dla dziecka jedno- lub dwuletniego, wyrób zeszłoroczny. Golfik wg przepisu Truscaveczki, czapa to moja własna improwizacja. Przy okazji widać, jak wygląda Azteca po roku użytkowania - ściągacze paskudnie się rozłażą. Gratuluję sobie czapy, bo jest i ciepła, i przez małą właścicielkę kochana. Niech żyją wielkie pompony!




Natomiast obecnie mam przestój robótkarski. Ciągnie mnie do dłubania, ale jakoś ciężko idzie z realizacją pomysłów, więc co narzucę oczka, to zaraz pruje. Mąż twierdzi, że widocznie spadł mi poziom lanoliny we krwi. Kto wie? Może?

niedziela, 16 października 2011

Cykada

Znowu miałam przyjemność testować wzór autorstwa Lete. Tym razem do zrobienia był sweterek dziecięcy z długim rękawem. Jak zwykle u Lete, robótka jest całkowicie bezszwowa (no, może za wyjątkiem graftingu pod pachami). I kiedy ma się odpowiednie druty, włóczkę oraz głowę na miejscu, można rzecz skończyć w mgnieniu oka.



Mnie nawaliło we wszystkich powyższych kategoriach, dlatego Cykadę dziergałam dłużej. Najbardziej zaś brakowało głowy na karku. Niestety, zawiesiła mi się umiejętność czytania ze zrozumieniem, a która dziewiarka nie ma w głowie, ta ma w rękach...
Ale jest. Skończony i dla odmiany, pasuje.



Dziergałam z włóczki Opus Polo. Nie powala ta włóczka jakąś specjalną jakością, skład ma taki sobie (pół na pół wełna z akrylem), rozdwaja się w trakcie pracy, ale wszystkie te niedoskonałości rekompensowane są przez piękny kolor. Żywa czerwień, twarzowa i dobrze wyglądająca w każdym świetle. Zwłaszcza korzystnie wygląda w promieniach zachodzącego słońca, kiedy to przybiera przyjemny, rudy odcień.
Jednak na nic ta reklama, gdyż producent odświeżył gamę kolorystyczną włóczki i tego koloru dostać już nie sposób. Szkoda.

Na osłodę przedstawiam jedyne zdjęcie, jakie się udało zrobić podczas 'pozowania' w wymarzonej wprost lokalizacji do sesji zdjęciowej, czyli w ptaszarni warszawskiego zoo.



Nic nie widać, to prawda. Ale i tak jest fajne ;-)