Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Rękodzielniczka na wczasach


Już od dłuższego czasu przebywam poza miastem, zaszyta w mazurskich lasach. Dłubię rękodzielniczo w tym i owym, ale o tym będzie kiedy indziej. Zdobywam skautowskie umiejętności, jak to: przepęd bydła, opieka nad cielętami, opieka nad porzuconymi pisklętami, pozyskiwanie ziół, jazda po bezdrożach na azymut (raczej na czuja).
No ale czasem trzeba wyjść z lasu, nie tylko do pobliskiego sklepiku po chleb i masło.
Zatem wybraliśmy się by pozwiedzać skansen węgorzewski.
Jest mały ale uroczy. Duża część eksponatów to rekonstrukcje, ale nie bardzo mi to przeszkadzało. Jest pracownia garncarska, stolarska, jest i  kuźnia, ale przede wszystkim - wypasiona pracownia tkacka. Zdjęć z pracowni tkackiej nie mam, ale zapewniam, że jest co oglądać. Kilka krosien, dużych i jeszcze większych, prostych i wielonicielnicowych. Na ścianach rozmaite tkaniny, w kąciku rozpoczęta koronka klockowa (klocki aż tak bardzo mnie nie kręcą...), Nie chciałam być Joe Głodomorem*, wolałam się jednak skupić na tym, co oglądam. Więc z multitaskingu w postaci tachania tobołów, dzieciątka i aparatu odjęłam aparat, dzieciątko sprzedałam na kilka minut ojcu, toboły rzuciłam pod nogi i patrzyłam, i słuchałam. I postanowiłam. W przyszłym roku wezmę udział w warsztatach tkackich. Jest do przerobienia wiele tematów - od osnucia krosna (chyba najtrudniejsze), poprzez proste tkaniny aż do tkanin dwuwątkowych, ponad pięćdziesiąt godzin pracy na zasadzie mistrz-uczeń.
Tymczasem - kilka migawek:


Takie cuda bym chciała umieć robić...



A tu coś jak meksykańskie ojo de dios:

Tu przedmioty z warsztatu prządki, leniwa kaśka, o ile się nie mylę. O ile się mylę, proszę mnie poprawić.



No i zdjęcie, dzięki któremu powstał ten post. Młoda rękodzielniczka - następne pokolenie:

Ps. SHEEP ALERT: w węgorzewskim skansenie w sezonie letnim można obejrzeć owieczki rasy skudde. Zdjęć nie mam, bo... zapomniałam...

*) Joe Głodomór to postać z książki Josepha Hellera pt. "Paragraf 22", którą szczerze polecam. Książkę, znaczy, polecam.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Pocztówka z Zakopanego



 To był króciutki wyjazd, niezbyt wypoczynkowy, ale udało nam się wyskoczyć do Tatrzańskiego Parku Narodowego, czyli po prostu - w góry.
Na pewno tam wrócimy w porze roku umożliwiąjacej spacery.
Marzą mi się jeszcze narty, ale nauka jazdy musi jeszcze trochę zaczekać.


Ps. Przez dwa tygodnie byłam wykluczona elektronicznie, siedząc w domu z kaszlącym berbeciem. Mam zaległości blogowe, które z przyjemnością uzupełnię w tym tygodniu.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wakacje, wakacje... i po wakacjach.

No i po urlopie.


Czuję się wypoczęta. Mnogość i różnorodność wrażeń z ostatnich trzech tygodni działa na mnie pobudzająco. Baterejki podładowane - i o to chodziło. Ze zdziwieniem spostrzegam, że z przyjemnością weszłam w swoją rutynę, jak w wygodne buty.
No i zaczęłam znowu myśleć (!) o dzierganiu - po chyba dwumiesięcznej przerwie. Zapewne więc niedługo zacznę się bardziej udzielać.

Tak przy okazji, ten drugi widoczek zupełnie jak u mistrzów flamandzkich, nieprawdaż?

środa, 8 sierpnia 2012

Mój rekonstruktorski wielki powrót

Budowałam napięcie w kwestii mojego powrotu do odtwórstwa już od kwietnia - bardziej w realu z resztą, niż na blogu. To znaczy z powodu napięcia w realu nie starczyło mi mocy, by się wam pochwalić pracą nad naszymi mediewalnymi fantami. Pod koniec prac, jak to zawsze bywa, ścigałam się z czasem i zawierałam kompromisy pomiędzy ideą a mocami przerobowymi. Udało się! Zapakowałam Króliczka i furę gratów do kombi i pomknęliśmy trasą krajową numer 7 w stronę przeznaczenia. To znaczy na pole świecińskie, gdzie rokrocznie odbywa się inscenizacja bitwy pod Świecinem.

Dobrzy koledzy z Chorągwi Oliwskiej rozstawili nam namiot, który przetrwał prawie tydzień obozowania w zmiennych warunkach atmosferycznych. Przy okazji przekonałam się, że dobry namiot nie jest zły, a lniana tkanina w odpowiednio skrojonym namiocie skutecznie chroni przed słotą. Zaliczyliśmy pół dnia regularnej ulewy, a nasze rzeczy mimo to pozostały suche.


Był to dla mnie wyjazd pionierski pod każdym względem. Pierwszy mój wyjazd "polowy", pierwszy raz z Króliczkiem, i to na tak długo, no i prawie żadnej znajomej duszy w promieniu 150 kilometrów. Daliśmy radę! I mieliśmy do tego sporo frajdy!


Pod względem towarzyskim impreza była udana, bowiem udało mi się odświeżyć i zacieśnić przelotne znajomości i zawrzeć nie mniej cenne nowe.

Natomiast współczynnik przeniesienia się w realia piętnastowieczne był mocno-takisobie. Ponoć bywało dużo lepiej. Nie mam porównania, bo byłam tam pierwszy raz, ale niedociągniecia "klimatyczne" widoczne były gołym okiem. Momentami można było się poczuć jak na "turnieju rycerskim", co nie jest komplementem. Macki festynu dotarły nawet do obozu odtwórców. W środowisku odtwórczym pośród uczestników powstał nawet, coroczny z resztą, flame, z tym że jakby bardziej ognisty. Tak więc losy samej imprezy są raczej niepewne.

Wniosek jest taki, że jeśli w przyszłym roku organizator odpali inscenizację bitwy pod Świecinem, to najprawdopodobniej pojawię się tam znowu. W końcu darmowy nocleg nad morzem to nie lada okazja ;-)

niedziela, 6 maja 2012

Wczesnowiosenne formy

Udało się szczęśliwie wybyć na ogólnonarodowe wielodniowe święto nieróbstwa na Mazury, do ukochanego mego rezerwatu. A tu?
Nikt z wyjeżdżających nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji tak ciepłej i pięknej pogody, skutecznie wyciągającej wszystkich na zewnątrz. Krótki spacer i można było paść oczy kosmicznymi wczesnowiosennymi formami, trwającymi tylko raz do roku, przez mgnienie oka.
Korzystam więc, ile się da z wyjazdu, wpadając do domu tylko po najpotrzebniejsze rzeczy i "jaram się" prawie jak Stasiuk klymatem podbeskidzia. Bo i jest czym. A to krowie prawie porno, a to dręcząca niepewność, czy aby w tym roku bielik również nie wykończy bocianiej rodziny, czy uda się ochronić warzywniak przed hordami dzików i innych amatorów słodkich marchewek...








A przyroda tymczasem eksplodowała. Aha, w tym roku brzoza puściła liście przed olchą, więc zapowiada się suchy rok.

Ps. Post został opublikowany z ponadtygodniowym obsuwem. Ja tu pokazuję pierwsze pędy, gdy tymczasem wszędzie na Mazurach wiosna panuje w pełni. Cóż, nie dowieźli internetu beczkowozem na czas...