niedziela, 10 maja 2009

Wrak statku

Wrak statku mnie wciąga coraz głębiej. Zakończyłam właśnie drugi etap ażurów i przeszłam do trzeciego.Czyli do 29 raportów po dziesięć oczek (i 37 rzędów) >__< Dzierga się dłuuugo, co oznacza, że nieprędko będą nowe wieści na ten temat. Trochę czasu spędzę w tym etapie, ale powinnam się przyzwyczajac, bo zaraz po tym czeka mnie 580 oczek wzorem *narzut, 2op razem* do końca szala... Przysigam, że nie widziałam tego wczesniej w tym wzorze...




Jak sygnalizowałam kiedyś, nie cierpię szydełka. Nie znosze zarówno narzędzia, jak i nie podobają mi się wyszydelkowane rzeczy. Być może jest tak dlatego, że ideał wyszydełkowanej rzeczy, jaki utrwalił mi się w dziecinstwie zawiera się w prababcinej serwecie, wyszydełkowanej z cieniutkiej nitki drobnym szydełkiem, cienkiej prawie jak pajęcza nitka. Współczesne wzory wydają mi się zawszej jakieś takie... ciężkie.
Odwiedziłam wczoraj Muzeum Etnograficzne, w którym, oprócz wystawy o rumuńskich zwyczajach pogrzebowych, mających uchronić żywych przed strzygami i wampirami, były także dziewiętnasowieczne wyszydełkowane serwety. Muszę przyznać, że opadła mi szczęka na ich widok. Stałam przy gablotce przez dłużsszy czas i napawałam się ich urodą. Podziwiałam przepiękny wzór, nie mogac oderwać od niej oczu. Była cudowna. Szkoda, że zanikły takie piekne wzory i precyzja wykonania. Naprawdę.

czwartek, 7 maja 2009

Nie obijam się.

Nie obijam się.
Wprawdzie nie zabrałam sie za żadnego z moich rozgrzebańców, to jednak dziergam. Padło na Shipwreck Shawl z Knitty ( http://www.knitty.com/ISSUEspring09/PATTshipwreck.php ).
Żeby usprawiedliwić rozpoczęcie nowego projektu muszę przyznać, że chodził on za mną już od dwóch miesięcy. Nawet wtedy wybrałam włóczke w pasmanterii, i czaiłam się - nabyć, nie nabyć, a czy ja sobie poradzę... itp.
Nie zdzierżyłam, zakupiłam, rozpoczęłam:
Włóczka jest dziwnego pochodzenia. Brytyjska przędza dziewiarska, prawie dwa kilometry w szpuli, oberżyna/śliwka. Mam wrażenie, że jest troche zbyt sztywna na niemal koronkowy szal, ale póki co dzierga się dobrze. Przybywa rządków, oczka się mnożą jak szalone. Im dalej w las, tym więcej drzew, jak wiadomo. A jeszcze dłuuuga droga przede mną.


Poza tym - rekonstrukcje, rekonstrukcje...
Planowałam podchwycic technikę fingerloop, używaną od zamierzchłych czasów do plecienia sznureczków. Warsztatu toto specjalnego nie wymaga - ot - palce, nici i agrafka do zaczepienia byle gdzie. Wystarczy tylko... plątać. Znaczy pleść. Początkujacy plączą ;p

Sznureczek sie uplątał, prawie że uplótł. Pracowałam według jednego wzoru, a wyszły mi dwa rodzaje sznureczka: płaski i okrągły. Nie, żeby mi to przeszkadzało specjalnie. Wrecz przeciwnie, dzięki temu rozkminiłam metodę. Na razie mam jeden (bo mnie shipwreck wciagnął, mam nadzieję, że nie na dno...)


A na koniec bez.
Czy wy też próujecie znaleźć nieregularne kwiatki na szczęście? To prawie jak trójlistna koniczyna ^__^

Rene, własnie dlatego się nie poddaję. W końcu od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od wyrobienia dobrych nawyków dziewiarskich.

Brahdelt, nieważne, na jakiego ptaszka pokrowiec wyszedł, na sójkę czy inną przepióreczkę. Ważne, że rozminął się z intencją jak... No nie wiem co. W każdym razie w stopniu powodującym nagłą cholerę. A o zdrowie psychicvzne trzeba dbać w tych trudnych czasach ;p

Lauro, nieszczęścia innych nie powodują u mnie wzrostu zadowolenia. Łączę się w bólu z powodu pruć.


wtorek, 5 maja 2009

Na oko...

Na oko to chłop w szpitalu zmarł.
Takie motto powinnam sobie wołami wymalować w widocznym miejscu.
„Na oko...” jest zasadniczą przyczyną mojej porażki przy błękitnych mitenkach.
Kolejną przyczyną jest niekonsekwencja. Bo jak juz zrobiłam ach-jak –profesjonalnie-wyglądający wykrój, to w trakcie robótki ciągle coś w nim zmieniałam, tu rządek, tu oczko...
Pamięć za to mam dobrą, ale krótką.

Nie zamierzam się tak po prostu poddać. Nawet nie chodzi o to, że obiecałam przyjaciółce te ogrzewacze.
Chodzi o zapanowanie nad własną niekonsekwencją. A tak poza tym naprawdę chcę je zrobić.

Okazało się (też mi nowość...), że sieć obfituje we wzory i przepisy. Wybrałam jeden pasujący bardziej niż mniej do pierwotnego pomysłu i zacznę dziś od początku.

http://www.ravelry.com/patterns/library/endpaper-mitts
lub jeśli wrota Ravelry są zawarte:
http://www.eunnyjang.com/knit/2006/11/endpaper_mitts.html
.
Brahdelt, pokrowiec ładny, ale za mały, wrrr... >__<
.
Fiubździu, nie wszyciu problem, lecz w tym, o czym powyżej...
.
EDIT: zaraz dostanę szału. Dlaczego spacje nie robią się tam, gdzie chcę, żeby sie robiły? >__<

poniedziałek, 4 maja 2009

Blue Monday...

Lauro, owszem, zdarza mi się szyć z własnej i nieprzymuszonej woli, i to w całosci ręcznie, ciuchy demode o jakies 500 lat. Wiele osób, dowiedziawszy się o tym zboczeniu, spoglądało na mnie znacząco, a co śmielsi nawet pukali się w czoło. Na szczęście nie jest to produkcja tasmowa. Nie zdążę się znużyć, a już kończę projekt, że nie dotyczy to kilometrów szwów w rokloszowanych sukniach).
Niezbyt udany mam dziś ten poniedziałek. Dopadł mnie chyba syndrom dostosowania po wywczasie. Albo w pracy było nadspodziewanie dużo pracy. Dość, ze postanowiłam skończyc zaczęty dziurkowany projekt - mitenki dla przyjaciółki.
Niestety, dawno mnie nic tak nie zniechęcało, jak właśnie owe nieszczęsne mitenki. Od początku szły jak po grudzie. Okazało się dzisiaj ni mniej ni więcej, że wczorajsze prucie było na nic. Nie udało się w drugim egzemplarzu wyrugować błędów, które powstały wcześniej.
Także wygląd pierwszego egzemplarza nie zachwyca.
Fakt, powala na kolana.
Przypomina bowiem pokrowiec na indyka na święto dziękczynienia.
Tak więc mitenki przekształcają się właśnie w estetyczne, bezpretensjonalne kłębki.
Dobranoc.

sobota, 2 maja 2009

Dziurki

Jak długi język ma kot?



Zapiątek upływa mi pod znakiem dziurek.
Jeszcze w środę zabrałam się za ogrzewacze nadgarstków dla przyjaciółki o niedorozwiniętej tarczycy i stąd o wiecznie zmarzniętych palcach. Wygrzebałyśmy z worka "jednomotkowców" dżinsową włóczkę wełnianą, wybrałyśmy prosty ażurek na grzbiet dłoni, obmierzyłyśmy i zabrałam się do pracy.
Która niestety idzie mi jak po grudzie.
Jeszcze pierwszy ogrzewacz jakoś się dziergał, szczęśliwie go skończyłam. Niestety, drugi idzie mi w tempie trzy kroki do przodu, dwa do tyłu. Właśnie dobrnęłam do końca robótki, kiedy okazało się, że znowu (już nie liczę, który raz) będę musiała spruć kilka rzędów. Ale już nie dzisiaj, k...
I zdjęć dziś też nie pokażę, bo chwilowo nie mogę na ustrojstwo patrzeć.

Za to inne dziurki wypadły satysfakcjonujaco. Przedstawiam moja starą, lecz po trzykroć nową sakiewkę - jeszcze w stanie surowym (ach, brzmi jak dogmat chrześcijański...)



Sakiewka jest stara, bo powstała parę miesięcy temu na zjazd Roty Pana Kacpra w Grodźcu. Była szyta w nocy przed wyjazdem, pod wpływem wysokiej temperatury ciała oraz antybiotyków. W związku z tym na sama imprezę pojechała atrapa sakiewki, czyli "samo czerwone", bez podszewki i bez wykończeń. Jakiś czas temu sakiewka dorobiła się podszewki, niestety przyszytej dość ordynarnie. Nie wiem już sama, co sobie myślałam, kiedy tak topornie wykańczałam przedmiotowe akcesorium.



Dość, ze w tym tygodniu, rozpoczynajac sezon na "rycerskie" szycie, postanowiłam rozwiazać kwestię sakiewki raz, a porządnie. Sakiewka została rozpruta, a potem zszyta "jak pan Bóg przykazał", a następnie fachowo podziurkowana. A dziurki obszyte.
Na razie przedstawiam dosć surowa wersję. W planach są jeszcze jedwabne kutasiki i sznureczki własnoręcznie zaplecione techniką fingerloop, o ile oczywiscie sie jej nauczę.
Jeśli nie, obszyję to zwyczajnym wełnianym sznureczkiem, zaplecionym techniką, którą juz opanowałam.

Dziurki odrobinę rzuciły mi sie na mózgownicę, stąd musiałam poszaleć na zielonej łączce.
Kruliczyca w naturalnym środowisku: