środa, 17 lutego 2010

Wreszcie coś do pokazania :-)

Uwaga, to drugi post w ciągu ostatnich siedmiu dni! Wygląda na to, że współczynnik ekshibicjonizmu wraca mi do porzedniego poziomu i stabilizuje się ;-)

Przedstawiam więc efekty sesji zdjęciowej pt. "Ciepło-zimno". Wionące chłodem zdjecia prawie-plenerowe (balkon to nie plener, ale gdy się nie ma co sie lubi...) przeplatane są dla ocieplenia obrazami we wnętrzu.

Jak sygnalizowałam w poprzednim poście, powoli wracam do wełen, a nawet włóczek. W ramach "terapii", czy też może "rekonwalescencji" po włóczkowstręcie zaczęłam od projektu prostego, ale za to wdzięcznego. Kto buszuje na Ravelry, może zajrzeć tu po szczegóły. Sam wzór jest w sam raz do dziergania relaksacyjnego. Monotonia oczek prawych złamana jest tu i ówdzie narzutami, gubieniem i dobieraniem oczek. Zgubić się trudno, odnaleźć łatwo. Dodatkowo, mój szalik zrobiony jest z włóczki tweedowej, co pozwala zamaskować ewentualne niedoróbki.




Ponadto zabrałam się do reanimacji dogorywających w szafie i po kątach rozmaitych projektów. Dizś pokazuję romantycznie nazwany bliźniaczy projekt - "Gwiazda Zaranna" i "Gwiazda Wieczorna". "Gwiazdy" zrobione są według prostej recepty na szal jednomotkowy, wzbogaconej o koraliki wplecione w bordiurę* - przezroczyste z tęczowym połyskiem dla Zarannej i "benzynki" dla Wieczornej. Post factum, znaczy po udzierganiu, okazało się, że koraliczki oprócz funkcji dekoracyjnej spełniają dodatkowo bardzo praktyczną rolę. Ponieważ włóczka zawiera homeopatyczną ilość wełny, więc blokuje się średnio, a koraliki lekko obciążając chustę pozwalają na wyeksponowanie bordiury.


Zaranną można było obejrzeć jeszcze latem na mojej stronce Ravelry - wpradzie w stanie niezblokowanym i nierozłożonym, ale ponieważ projekt jest bliźniaczy, więc bez drugiej chusty to się nie liczy.



Wieczorna zaś została zaczęta pół roku temu, skończona tydzień temu. Wiadomo dlaczego.
A oto efekt końcowy (zdjęcia makro bordiury polecam powiekszyć - wówczas koraliczki stają się bardziej widoczne).






*) A teraz kilka słów od siostry prowadzącej. Łatwo da się zauważyć, że od kilku miesięcy szanowne współdziergaczki w większym lub mniejszym stopniu ogarnęła mania dziergania szali lekkich, zwiewnych i powabnych. Co i rusz na którymś blogu pojawia się orgiastycznie piękny kawał rękodzieła, wprowadzając ogladających w niemy zachwyt, dziką zawiść, czy inne równie silnie emocjonalnie nacechowane stany.
Niestety, nie mogę pojąć, dlaczego w opisach tychże arcydzieł pojawia się słowo "border", obco i kanciaście brzmiący przeszczep z języka angielskiego. Wszak w naszym języku zadomowiło się już dawno (w dziewiętnastym, osiemnastym wieku?) słówko o źródle francuskojęzycznym, o brzmieniu szlachetniejszym i jakby bardziej wyrafinowanym, czyli "bordiura".
Zatem będę przełamywać i znosić panowanie "borderów", a propagować koronkową i zwiewną "bordiurę".

10 komentarzy:

  1. Szale jednomotkowe bardzo piękne, proste i delikatne. Koraliki dyskretne.
    Bardzo się cieszę, że upewniłaś mnie w tym, że bordiura, to właściwe określenie (nie byłam pewna). Kilka razy napisałam "border" i rzeczywiście brzmi kanciaście!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za szybki i miły komentarz. Juz byłam bliska załamania, że przez przedłuzające milczenie skazałam się na niebyt sieciowy ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. oj, przyznaję się do tych borderów! winna:) i kiedy sobie przypomnę, że zdarzało mi się ganić sistrzenicę za "wow" to az chcę ukryć się w najmniejszej mysiej norce!
    szale urocze. dobrze, że coś skrobnęłas - przekonałam się "naocznie" ze jesteś cała i zdrowa, i ślicznie wyglądasz:)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięi za zwrócenie uwagi - z tą bordiurą masz 200% racji
    Kalina

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudne Ci to wyszło, chusta jest wręcz apetyczna a koraliki świetnie uzupełniły całość. :)
    A tak w ogóle to sio z tego balkonu bo się zaziębisz :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Brawo za chustę i szal,a ponowne klaskanie za ten border. Podobnie jak Rene nie raz miałam zagwozdkę,czy nie rąbnę "kaczorka" i ostatecznie używałam słowa "border". Następnym razem będę się bic po łapach za owczy pęd nawet w słownictwie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak zawsze można na Ciebie liczyć w kwestii naszej mowy ojczystej ( chwała Ci za to, nie jestem wybrykiem natury i purystką językową), sama się zastanawiałam skąd ten border i czym różni się od bordiury. Moim faworytem jest nadal zapiątek. Ślicznie wyglądasz, służy Ci ta ciąża. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  8. Szale fajne... a Ty w ciazy jeszcze fajniejsza!

    Ja chyba tylko polwinna, bo pamietam, ze slowa "bordiura" chyba jednak pare razy gdzies uzylam :-P A, i glupie pytanie - co to jest ten zapietek??? :-D

    Pozdrowienia najmocniejsze! B

    OdpowiedzUsuń
  9. Oczywiście, że bordiura, które to słowo, zdaje się pochodzi z francuskiego (z Francji do nas przywędrowało, zanim przybył do nas ten anglojezyczny chwast - border).Także jakoś dziwnie się czułam, kiedy ja uparcie pisałam bordiura, a wszyscy inni border i zaczynałam wątpić czy to ja mam rację. Anglicyzmy w słowniku robótkowym biorą się stąd, że wiele młodych adeptek tej sztuki (robótkowej szutki) korzysta z anglojęzycznych książek i tłumaczeń, które prawdę mówiąc, są tak skomplikowane i zaciemniają niesamowicie niekiedy bardzo proste opisy.
    Ależ się zapędziłam w tym komentarzu...

    OdpowiedzUsuń