wtorek, 19 maja 2009

Za mało czasu, za dużo wzorów...

Pod tym hasłem upływa mi dzień dzisiejszy.

Muszę się podzielić straszną informacją. Znalazłam straszną stronę, ze straszną ilością linków do darmowych zwiewnych ażurowych szali...
http://www.yarnover.net/web/patterns/shawls.html

Jedynym problemem w wydzierganiu tego wszystkiego może okazać się nieznajomość języków obcych (na przykład fińskiego), no i życia może nie starczyć.

Shipwreck za to jest dzielnie i z zacięciem dziergany, oczywiście na raty, w związku z koniecznością opanowania koralików. Opracowałam nowy system przesuwania ich po włóczce, który pozwala na krótsze przerwy w dzierganiu. Napina się włóczkę po przekątnej pokoju i biega w te i nazad, przesuwając te diabelne paciorki.
Może i operacja wygląda głupio, ale jest skuteczna. Oszczędza wielu klątw nad plączącą się nicią a także wspomaga proces odchudzania (bo nie tylko łapami się wymachuje, jak przy metodzie siedzącej-stacjonarnej, ale także i nogami).

Tak więc wkrótce zapewne ukaże się wam w nowym wcieleniu, chudsza o dwa numery i z wystrzałowym szalem.

Brahdelt, ostateczny kolor tego szala wciaż jest tematem rozważań. Jest to ciemne bordo, czyli kolor nie bardzo do mnie pasujący. Marzę o czymś w chłodniejszej tonacji, o fioletach. Jednakże obecny kolor dobrze zgrywa się z koralikami. Mam jeszcze wiele rzędów do przerobienia i wiele czasu na przemyślenia...

Kiwi, dzięki za doping. Przydaje sie w chwilach zwątpienia...

Persjanko, Edi-BK, również dzieki za dopingowanie. A propos fajnego moherku, to rozejrzawszy sie po sieci stwierdziłam, że trochę przepłaciłam za tę włóczkę, a po wtóre, że nie mam szans na zdobycie większej ilości... Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Powstrzyma mnie to przed zakupami, przynajmniej przez jakiś czas, znalazłam bowiem wzór idealnie pasujacy do tej włóczki i jednocześnie do zapasów koralikowych. Ale to projekt chyba na przyszły miesiąc...

poniedziałek, 18 maja 2009

Nowy tydzień, nowe etapy...

Dzisiejszy post będzie raczej fotograficzny, bo wciąż dochodzę do siebie po zapiątku.
Ma być o nowych etapach, więc proszę bardzo. Pomimo licznych innych absorbujacych zajeć zawsze znajdzie się chwila na przerobienie choćby kilku oczek. Tak więc wrak statku objawia się moim ( a teraz i waszym ) oczom w coraz bardziej konkretnym kształcie.



Dzierganie z włókna dziewiarskiego ma swoje zalety oraz wady. Zdecydowaną wadą jest ciężar i rozmiar szpuli, co powoduje, że nie można robótki ze sobą ciągać po srodkach komunikacji, ani tym bardziej nie da się jej ukryć pod biurkiem w pracy.
Ale można też właczyć pozytywne myślenie i stwierdzic, że taka wielka szpula wełny z pewnością nigdy się nie skończy, a już z pewnoscią nie przed końcem robótki. Więc sobie człowiek dzierga w ogólnym poczuciu bezpieczństwa, podbudowanym dodatkowo perspektywą, że nie będzie trzeba wplatać końcówek, że można z jednego kawałka...
Dupa, że tak powiem.

W piątek z najwyższym zdumieniem odkryłam w przędzy dziewiarskiej supeł. Hę?!



Ale nie było to zdarzenie mogące odciagnąć mnie od dalszego dziergania. Skończyłam etap z liśćmi i skończyła się, proszę państwa, ośla łączka. Zaczął się hardkor.



W przepisie na szal uwzględniono bowiem wplatanie koralików. Kiedy zabierałam się za dzierganie projektu, pomyślałam, że to w sumie nic takiego. Trochę będzie upierdliwości przy przesuwaniu metra koraliów, ale czego to nasze matki i babki nie przeżyły, nie będę sie rozczulać nad sobą. Na zdjęciu powyżej są koraliki o większej średnicy.
Tak.
Nawlekłam metr tych mikroskopijnych. Bo mi większe zbyt topornie wyglądały.
Jak łatwo się domyślić, małe koraliki przesuwa się po włóczce dużo trudniej, niż duże.
Przy okazji pragnę wyrazić wdzięczność Ogarniętej Włóczkomanią, która przez swój post o niekonwencjonalnym wykorzystaniu rozmaitych przedmiotów natchnęła mnie rozwiazaniem mojego problemu:



Tempo dziergania spadło, ale się nie poddaje. W ogóle jakieś dziwne ciśnienie mam na ten projekt. Ciekawa jestem, jak wyjdzie...

W nowy etap weszła knajpa, która wprawdzie nie jest jeszcze oficjalnie czynna, ale, z uwagi na stan techniczny może już pełnić niektóre funkcje (np. zaplecza dla wydarzeń kulturalnych).




Przedstawiam zdjęcia jeszcze z etapu remontowego, bo w sobotę nie miałam ani czasu, ani siły, by jakąś zgrabną fotografię sporządzić.

Ostatnie sprzątanie...



Oprawianie plakatów...




Zapraszam w czerwcu ^__^


Persjanko, jestem aktywna, póki mogę. Moja praca nie jest bardzo wyczerpująca, dzieci się jeszcze nie dorobiłam i chyba nie jestem typową gospodynią domową (zdarza mi się olewać niektóre "obowiązki", jak na przykłąd gotowanie czy sprzątanie). Stąd mam wiecej czasu na takie właśnie różne "zajęcia w podgrupach".
Edi-BK, oto fotka włóczki mało znanego polskiego producenta. Jakieś 270 m na motek.
Z przeznaczeniem na zwiewny szal (już teraz wiem, że z koralikami, bo przy okazji bordowego ustrojstwa zakupiłam ogromne ilości koralików...)




czwartek, 14 maja 2009

W biegu...


Przez prapremierę knajpy mam tydzień w biegu. Wiele rzeczy trzeba pozałatwiać, a przede wszystkim przygotować sam lokal na przyjęcie gości. Jest trochę do umycia, pomalowania, zainstalowania, ale ponieważ zgłosiło się tak zwane pospolite ruszenie, więc akcja przebiega w atmosferze zabawy raczej, aniżeli wyrobnictwa...


Nie mam więc wiele czasu na włóczkowe hobby, co nie oznacza, że w ogóle nic się nie dzieje. Dzieje sie wciąż, chociaż dużo wolniej, mój Shipwreck. Tak jak wspominałam wcześniej, jestem na etapie prawie trzystu oczek w jednym okrążeniu, więc dzierganego motywu przybywa powoli. Mam trochę problemów z rzędami, w których przesuwa sie markery, spędzam nad nimi wówczas dwa razy więcej czasu niż nad "zwykłymi rzędami (zwykły rząd zajmuje mi circa 12 minut). Nie obyło się bez drobnych błędów, ale w obliczu rozmiaru szala liczę na to, że nie będzie ich widać ;p
Poniżej relacja z postępów (proszę wybaczyć oburzającą jakość zjęcia...)


Knajpa knajpą, latanie lataniem, ale do mojej ulubionej pasmanterii też wstąpiłam. Niby tylko po druty, bo wrak statku jest wymagający, jeśli chodzi o ilość akcesoriów niezbędnych do wydziergania, a piątek akurat mi brakuje, ale wyszłam ze sklepu również z tym:


Niepozorny moher malo znanej polskiej firmy. Od razu musiałam sprawdzić, jaka dzianina wychodzi. Przeznaczeniem tej włóczki będzie jakiś kolejny ażurowy szal, bo akurat na takie rzeczy mam ostatnio melodię...


Jakiś czas temu, w ramach CKO szarpnęłam również coś takiego:


Mam zamiar udziergać jakiś szalik dla siostry. Czy macie może pod ręką jakiś dwystronny wzór, który by współgrał z tą włóczką? Ja na razie mam mglistą ideę o projekcie z tym motkiem w roli głównej. Obawiam się głównie, że nazbyt skomplikowany wzór w połączeniu z wielobarwnością da efekt przeładowania rodem z Cepelii...

Może poda ktoś dłoń Młodej Rękodzielniczce?...

wtorek, 12 maja 2009

ZOOM na Brzozowej, czyli trochę prywaty

Otwarcie knajpy na Brzozowej zbliża się wielkimi krokami, a całe zastępy ludzi nie mogą się doczekać tej chwili.

Korzystając ze spodziewanego w najbliższą sobotę flash-mobu, czyli szturmu ludności na galerie i muzea, postanowiliśmy zaprosić wszystkich chętnych do surowo jeszcze wyglądającej knajpy – na herbatkę, kawę i ciasteczka.
Wszystkim gościom pragniemy dać przedsmak tego, co wkrótce będzie się działo.
Będą zatem dwa filmy do obejrzenia: „Nikt nie woła” (http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/122258 ) oraz „W drodze”, reportaż o pierwszym polskim teatrze offowym, czyli o Teatrze Adekwatnym. Ponadto, będzie można obejrzeć plakaty autorstwa Tomasza Wójcika.

Tu link do strony klubu (wciąż w budowie, więc spodziewajcie się nowych informacji ^__^)
http://adekwatny.pl/index.php?p=2

poniedziałek, 11 maja 2009

Jak ustrzec się przed wampirem



Wspomniałam wczoraj o wampirach i strzygach, wystawianych w warszawskim Muzeum Etnograficznym. Pomyślałam dzisiaj, że sucha wzmianka na ten temat to trochę za mało, tym bardziej, że wystawa jest bardzo interesująca.

Ilustrują ją proste, chłopskie przedmioty codziennego użytku, takie jak łóżko, skrzynia, pościel, bielizna i ubiór rumuńskich chłopów, wrzeciona (40 cm długości!) i kądziele, misy, łyżki i inne akcesoria.

Treść ekspozycji stanowią dawne wierzenia i przesądy rumuńskie, dotyczące grzebania zmarłych, życia „po życiu” i ochronne zabiegi magiczne.
Rumuńscy chłopi wierzyli dawniej, że zmarły może zamienić się w wampira albo strzygę, powstać z grobu i zabijać żywych poprzez wysysanie krwi. Aby zabezpieczyć się przed takimi wypadkami, stosowano obrzędy magiczne mające spowodować, by zmarły nie miał chęci ani powodu wstawać z mar, albo aby uniemożliwić mu wydostanie się z grobu.
I tak, w pierwszym typie obrzędów mieści się na przykład wkładanie zmarłemu do trumny kukiełek, mających przedstawiać najbliższych, ażeby zmarły nie tęsknił i nie czuł potrzeby podnoszenia się z grobu. Aby dać zmarłemu do zrozumienia, że się o nim pamięta, sporządzano specjalna świecę. Sznurek o długości równej wysokości zmarłego zamaczano w wosku i skręcano w spiralę. Powstałą w ten sposób świecę zapalano od czasu do czasu medytując i wspominając. W ten sposób zabezpieczano żywych przed zemstą ducha, bo duch mógłby się obrazić, gdyby bliscy zbyt szybko o nim zapomnieli.
Rumuni wierzyli ponadto, że dusza zmarłego, zanim uda się w zaświaty, przez kilka dni pozostaje na świecie, snując się zwykle w pobliżu dawnego domu. Należało taką duszę odpowiednio ugościć: zostawiano na parapecie okna miseczkę z mąką, szklankę z wodą i mniejszą szklaneczkę z palinką. Jeśli wiktuałów ubywało, znaczy – zmarły odwiedził dom.

Aby ułatwić zmarłemu wędrówkę do zaświatów, bliscy budowali czasami most przez rzekę. albo dawali zmarłemu małą monetę, by ten mógł opłacić przewóz.
Z kolei, żeby zapobiec wydostaniu się przez zmarłego z grobu, wiązano mu symbolicznie ręce i nogi sznurkiem. Zdarzało się, że wbijano mu w ubranie albo w część ciała (np. ucho) szpilkę, albo mały gwóźdź (to taki substytut przebijania serca kołkiem). Jeżeli powyższe zabiegi nie wystarczały, uciekano się do maksymalnego opóźnienia momentu wydostania się zmarłego z grobu: grób posypywano makiem. Zmarły, wstając, będzie musiał policzyć ziarna maku, co może mu zająć nawet kilkaset lat.

Czasami, zwłaszcza w przypadkach niewytłumaczalnych zachorowań, o spowodowanie niemocy posądzano wampira, czyli przebudzonego zmarłego. Wówczas otwierano podejrzany grób i przebijano leżące zwłoki kołkiem.

Makabra, prawda?