wtorek, 29 grudnia 2009

Bigos

...poświąteczny, czyli troche tego, trochę owego. Na początek zdjęcie obiecane pewnej osobie półtora miesiaca temu... Świateczny klimat w tym roku współtworzyły trzy cudowne motylki od samej Matki Boskiej...




...oraz informacja, skąd sie biorą święte mikołaje (pisownia zamierzona). Uwaga, treści drastyczne:

http://www.youtube.com/watch?v=g0-ASWyNkzQ
i
http://www.youtube.com/watch?v=wsdwYFnh-2Q

wtorek, 8 grudnia 2009

W oczekiwaniu na Święty Spokój

Żyję. Czekam na Święty Spokój i kilka dni luzu, albowiem życie zawodowe chwilowo mnie nie rozpieszcza. Mam sporo pracy konepcyjnej (która, mam nadzieję, nie okaże się anty-koncepcyjną, czyli że się rzecz nie rypnie, jak to czasami bywa w Wielkim Świecie) i fizycznej, bo klepanie w klawiaturę z pewnością nie jest pracą umysłową.

Czytam. I jest to jedyne z moich zainteresowań, które mam siłę i ochotę rozwijać. Ostatnio przenoszę "moję duszę utęsknionę" do Indii z okresu II Wojny Światowej, a to za pomocą Tetralogii Indyjskiej (The Raj Quartet) Paula Scotta. Jest to wielce interesujace studium przebogatych stosunków społecznych, rasizmu, uprzedzeń klasowych, tzw. dobrego towarzystwa angielskiego oraz przepychanek politycznych między Anglikami a rodzimymi mieszkańcami Indii w procesie uzyskiwania przez Indie niepodległości. Szczególnie interesujący jest rozdźwięk pomiędzy tym, jak jedna ze stron sie postrzega a tym, jak jest postrzegana przez drugą. Raczej nie jest to pozycja dla miłosników bollywoodzkiego klimatu.

Piekę. Głównie pierniczki. Robię to w skali masowej i uzależniam się od tej czynności. Nie mogę przestać produkować tych przepysznych gwiazdek z lukrem i cukrem.

A marzą mi się piernikowe domki...

piątek, 13 listopada 2009

Czapka

Popełniłam czapkę niemowlęcą, obiecaną siostrze i siostrzenicy już dobre pół roku temu. Wtedy jeszcze, kiedy każda robótka dziewiarska paliła mi się w rękach, a ja spędzałam czas poświęcony na urzędniczą poranną kawę na szukaniu nowych ciekawych wzorów, wielu wzorów, całego multum wzorów na druty.

Wykonanie czapki stanowiło próbę oswojenia się z włóczką, drutami i mozolnym przerabianiem oczek po dwóch miesiącach absolutnego wstrętu. Oswajanie szło opornie, lecz na szczęście okazało sie, że wolę miałam wówczas silniejszą, niż uprzedzenie, a więc rzecz udało się skończyć (choć przyznaję, ostatnie oczka i wciaganie nitek odbyło sie w zwwyżkującym poczuciu obrzydzenia).

Czapeczka okazala się być bardzo ładnym kawałkiem dzianiny, zrobionym z mięciutkiej włóczki wełnianej z homeopatyczną domieszką jedwabiu. Włoczkę pozyskałam sto lat temu w moim ulubionym sklepiku, o którym już parę razy wspominałam. Czapeczka jest błękitna, z dwoma białymi paseczkami przy brzegu (czółku?), wykończona trzema fredzlami wykonanymi w technice i-cord.

Czemu tak piszę i piszę o czapce, a nic nie pokazuję? Otóż jedyną fotkę, i to oburzająco złej jakości, udało mi sie trzasnąć aparatem z telefonem, bo akurat aparat solo nie wykazywał chęci współpracy. Natomiast mój komputer dośc długo już wyszukuje oprogramowania, dzięki któremu mogłabym dostać się do zdjęc w telefonie-aparacie, więc dzisiaj chyba nie ma co liczyć na wklejenie stosownej fotografii.

Niemniej jednak, czapeczka nie była stuprocentowym sukcesem, a zaledwie, powiedzmy, osiemdziesięcioprocentowym. Otóż okazało się, że dziecię mojej siostry posiada czerep o objętości przekraczającej 60 oczek, przerobionych drutami rozm. 3.5, włóczką przeznaczoną na druty rozm. 4. Zatem, zamierzony luz pod czapką okazał sie fikcją. Czapka, niestety, jest akurat, czyli lekko za mała (jesli wziąć pod uwagę dynamikę wzrostu niemowlęcia).

Zatem czeka mnie powtórka z rozrywki...

wtorek, 10 listopada 2009



Lucyna uznała, że warto, mieć mieć oko na mojego bloga. Dzięki, Lucyno, za to wyróżnienie i za rozbudzenie motywacji do blogowania. Ja sama zaś nie będę przekazywać pałeczki, bo po pierwsze mam oko na wiele różnych miejsc w sieci, a po wtóre zabawa ta przewinęła sie falą po wszystkich blogach, które odwiedzam, już bodaj trzykrotnie w ostatnich dwóch miesiącach.
***
Poza tym, tak blogiem a prawdą, trochę mnie te zabawy blogowe irytują. Ja wiem, sobek jestem i samotnik, typ blogera aspołeczny. Człowiek chcąc nie chcąc (zwykle nie chcąc) trafia w wir dziwacznych zdarzeń, zostaje zmuszony do dokonania dziwacznych wyborów, zróżnicowania znajomych na lepszych i lepsiejszych i bez przekonania multiplikuje treści w sieci.
***
Hm, znowu krytyka... Coraz częściej mi sie zdarza. Ciekawe, czemu mi się taki "tryb radykalny" włączył...

wtorek, 20 października 2009

Wracam do siebie...

Jakoś gorzej mi idzie blogowanie ostatnio...
Już od dłuższego czasu przymierzałam się do napisania kolejnego postu, bo temat, owszem, jest. Tylko z weną jakby słabiej...Wycofałam się ostatnio z wiekszości miejsc w sieci, z rzadka zaglądam na Ravelry. Nie chodzę do kina, ulubionego mojego Iluzjonu. Rzadziej spotykam się ze znajomymi.

Jesień. Ale nie tylko.
Przecież same zmiany pór roku nie powodują takich zmian u względnie stabilnych osób. Zmiana zamieszkania także, chociaż konieczność codziennego dojeżdżania do pracy może wymazać każdy ślad dobrego nastroju, jaki powstał przy porannej herbacie.
Prawda jest taka, że zmian w moim życiu jest daleko więcej, niż można to było przypuszczać w sierpniu. Nasza rodzina powiększy się na wiosnę.
Oto przyczyna nieprzyjemnych wspomnień z urlopu w Szkocji, awersji do drutów, włóczek i dziergadeł (zwłaszcza o grubych splotach warkoczowych...), niechęci do aktywności towarzyskiej i tak dalej i temu podobne...
Mogę jedynie liczyć, że skoro wena wróciła z wakacji i umożliwiła mi sklecenie tego pościka, skoro nie robi mi się już tak wyraźnie niedobrze na widok dzianin na wystawach sklepowych i skoro powoli wracam do rozmaitych miejsc w sieci, to wszystko idzie ku dobremu.
Oby.