czwartek, 27 lipca 2023

Lato wszędzie...

 ...a mi tym razem udało się zrobić coś na sezon letni. Wystarczyło zacząć w styczniu, wiadomo. 

To zawsze był mój problem, że bawełną lubiłam bawić się latem, a wełną w chłodniejszych porach roku. Swetry i czapki wykańczalam w marcu, a fatałaszki letnie w środku roboty porzucałam na koniec sierpnia.

Lecz nie tym razem. Tym razem mamy, proszę państwa, sukces. Dobrze wykończone ubranie, odpowiedniego rozmiaru i na dodatek wycelowane akurat na początek sezony.

Fanfary.


Garść informacji szczegółowych:
Włóczka to whirl i kilka metrów whirlette tej niemieckiej firmy s... sh... sch... no, tej znanej. Szydełko 3,5mm i 4 do falbany.
Wzor z Ravelry modyfikowany w biegu na dziewięciolatkę to Nori dress, darmowy.

Do zobaczenia następnym razem.

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Soczysty czerwiec

Maleńkie kłębuszki bawełny przerabiam na bardzo boho, soczyście kolorowy letni topik.


Mówię wam, jak to wkręca! 



poniedziałek, 13 czerwca 2022

Zeszłoroczny śnieg

 Zeszłoroczny śnieg, czyli czapki z minionego sezonu.

Mój niespodziewany dziewiarski powrót zaczął się od braku czapki. Ja to jednak lubię mieć ciepło w uszy, kiedy śnieg z deszczem zacina z ukosa. Dlatego zapragnęłam czapki, i to od razu żakardowej, żeby nie umrzeć z nudów przy pracy, a potem z zimna na dworze. Szybki przegląd zapasów dropsowej flory ujawnił mnogość kolorów, dlatego zaczęłam czapkę inspirowaną ceramiką bolesławicką. Bardzo mi się ta czapka udała. Po długiej przerwie w dzierganiu oczka przerabiały się gładko i radośnie, a względnie krótkie przejścia kolorystyczne zwalniały od dodatkowej roboty przy łapaniu nitki z lewej strony dzianiny. Bolesławicka wyszła jednak trochę na mnie ciasna, więc czapkę przejęła córka.

Jak córka przejęła czapkę, syn zechciał też jedną dla siebie. Ja dalej w klimatach żakardowych, więc zrobiłam prosty wzorek graficzny. Niestety, foto mam tylko po lewej stronie, bo synecki wrzucając kurtkę do prania nie wyciągnął czapki z rękawa, no a potem czapka była już za mała...

Na końcu zrobiłam czapkę która miała być dla mnie, ale też została czapka dla kogoś innego. Z tej czapki jestem szczególnie zadowolona, bo delikatny wzór i kolor ładnie grają ze sobą, a nawet trafiłam z rozmiarem. Wzór jest z książki Alice Starmore, włóczka to wciąż Flora z zapasów, druty 3mm, jak we wszystkich powyżej. 


Nawet "korona" czapki wygląda całkiem przyzwoicie:

Ostatecznie, jak ten szewc, co bez butów chodzi, nie zrobiłam w minionym sezonie czapki dla siebie. Cóż, będzie następny sezon ;-)

***

Do następnego.

niedziela, 29 maja 2022

Przydasie


Znalazłam w KIKu markery dziewiarskie. Przydadzą się. Są lepsze niż Lidlowe, nie tak sztywne i mają ładniejsze kolory. Jakościowo odbiegają jednak od standardowych markerów od KnitPro.



Ale spełniają swoją funkcję. 

***

Dziękuję każdemu, kto tu zagląda, komentuje. Wybudzanie bloga ze śpiączki to niełatwe zadanie, a wy w tym bardzo pomagacie. 

niedziela, 22 maja 2022

Małe rozmiary

 Parę lat temu, w ramach rozpieszczania wewnętrznego dziecka, kupiłam sobie kilka barbitek. Bez żadnego oszukiwania siebie, że "to dla córki". Zamierzałam nadrobić zaległości z dzieciństwa i trochę się pobawić w projektanta odzieży dla światowej kobiety. Z szyciem wprawdzie mi nie za bardzo wyszło, bo jednak, żeby ciuszek w skali 1:6 wyglądał schludnie, musiałby być uszyty na maszynie. Ja maszyny do szycia nie mam, dlatego mimo sporych umiejętności w szyciu ręcznym, wygląd ubranek mnie nie zadowalał. No cóż, zdarza się.

Za to dzianina wiele znosi i dobrze wygląda, jeśli się za bardzo nie odpuszcza staranności. Dlatego od czasu do czasu, gdy głowa nie pozwalała na dłuższe projekty, w jeden - dwa wieczory robiłam jakieś wdzianko dla lalki. Mam taką ulubioną projektantkę rzeczy lalkowych, Frances Powell, która  specjalizuje się w rzeczach w skali 1:12, do kolekcjonerskich domków dla lalek. Ostatnio projektuje więcej dla ludków w skali 1:6. Jej projekty są bardzo tradycyjne. Dużo dziergania w częściach i zszywania, klasyczne modele. Ale na klasycznym modelu można też porumakować i popuścić wodze fantazji.

Dla samej lalki Barbie zrobiłam klasyczny sweter w stylu aran. Docelowo model ma być na barbitkowego faceta, ale na barbitce o pełniejszych kształtach sprawdza się jako sweter oversize.



Oprócz maluchów 1:6 mam też ogromniastą lalę w skali 1:3, kupioną w czasach sprzed zarazy na chińskim portalu aukcyjnym. Jej też zrobiła kilka wcale udanych ubranek:

improwizowaną białą tunikę


jesienny komplecik (sweter wg projektu Frances, berecik mój)


 

oraz komplet zimowy, z którego jestem szczególnie dumna (sweter też wg Frances, czapka moja)


Dużą lalę nabyłam z ciekawości, jak to jest mieć taką azjatycką z kulkami w stawach, którą można dowolnie ustawiać do zdjęcia i odziewać wedle własnego widzimisię. W sumie fajny z niej model, lub raczej manekin, tylko jest strasznie wielka. Siedemdziesięciocentymetrowa lala potrzebuje jednak sporo miejsca, by móc ją fajnie ustawić do zdjęcia, a ja właśnie cierpię na braki w tym zakresie.

Muszę się jednak przyznać, ze z tego całego dopieszczania wewnętrznego dziecka wyciągnęłam jeden wniosek. Tak naprawdę wcale nie potrzebuję mieć lalek, a zależy mi na niewielkich szybkich projektach dziewiarskich. Nie tworzę sobie lalkowych historii, ich osobowości, image. Nawet nie lubię, jak mi siedzą na wierzchu w mieszkaniu, bo ciasno. Barbitki na codzień leżą na waleta w pudle, duża azjatycka w częściach w drugim. 

I chyba dlatego właśnie, jeśli chodzi o małe rozmiary robótek, przerzuciłam się na skarpetki.

piątek, 13 maja 2022

Jednak dziergam.

Już myślałam, że etap dziewiarski mam za sobą. Przeszło rok bez weny. Druty w szafie, włóczka w świat. Tak było, nic nie ściemniam. 

Bloga chciałam zamknąć. Weny do pisania tez zabrakło. Zastanawiałam się nawet czasem, czy strony nie zhakowały mi tureckie boty, jak to się kiedyś zdarzało, ale nie. W sumie ulga, bo parę godzin tu włożyłam, trochę serca, humoru, ciekawości, ironii, przenikliwości, zmysłu estetycznego. Czasem nawet sama sobie zaglądam w starsze rejony bloga, żeby sobie przypomnieć to i owo.

Od kilku miesięcy jednak dziewiarstwo znów jest blisko. 

Tylko, że inaczej.

Już nie nowe wspaniale techniki i eksploracja, fascynujące formy i wyzwania. 

Tym razem chodzi o oczko za oczkiem, aż do końca robótki, aż do wszycia i obcięcia nitek, aż do prania i blokowania. Coś do podcastu, serialu i filmu. Ręce zajęte a głowa wolna. 

A potem dzianina na mnie i na bliskich ludziach. Serce rośnie. Trochę wam pokażę, ale ostrzegam, zdjęcia są wyjątkowo dziadowskie. 

Tu mężowski sweter (ale mu podkradam). Alpaca dropsa, wzór Justyny Lorkowskiej.



Tu synowski, w którym dziecko moje duże mieszkało przez ponad miesiąc. Fabel dropsa, rozliczenie karczku wzięte z jakiegoś prostego swetra z dropsowej strony, reszta przymierzana w trakcie pracy, żeby było dobrze. Nawet zadanie przedłużenia swetra (bo jednak się zrobił za krótki) zrobiłam bez kwękania. I tak, mój syn ma włosy najdłuższe, najgęstsze i najbardziej lśniące z całej rodziny. Taka ironia genowa.


Natomiast ostatnio masowo trzaskam skarpetki. Wreszcie dobrałam właściwie rozmiar drutów i liczbę oczek pod własne potrzeby, opanowałam podstawową recepturę i robię je na pamięć. Paradoksalnie wolę robić je od góry, z klapką, tradycyjnie. I zupełnie odwrotnie do moich niegdysiejszych preferencji. Nadziwić się sobie nie mogę.


No kto by pomyślał?

***

Dziękuję ci, że tu wpadasz. Może spotkamy się znowu przy następnym poście? Do widzenia :-)

środa, 27 stycznia 2021

Flower power! (czyli powiew lata w środku zimy)



Na fali pierwszych tygodni koronaferii i związanych z tym okoliczności przyrody zaczęłam dziergać Flower Sweater zamiarem przerobienia go na letni top dla córy. Był to mój przerywnik od swetra Victory, który wkrótce okazał się robótką główną. Wymyśliłam, że jak top, to bez rękawów, z wykończeniem tunelikami, czyli I-cordem, no i może jeszcze z frędzelkami. Wyobrażałam sobie gotowy produkt na córce, na plaży, na Mierzeji Wiślanej.


Kiedy w zasadzie wszystko już wydziergałam, docelowa nosicielka złożyła zamówienie na sukienkę! Na szczęście, Bella od Alize jest bardzo wydajna, więc z zakupionych czterech motków wykorzystałam trzy i troszkę czwartego i dodziergałam wedle zamówienia.
Założyłam, że do tak ozdobnej góry sukieneczki będzie potrzebne wykończenie, które nie będzie konkurować. Postawiłam na delikatną falbankę, również wykończoną tunelikiem. Całość prezentowała się na czysto bardzo dziewczęco i subtelnie. Córce tak spodobała się dosychająca sukieneczka, że porwała ją z wieszaka i poleciała się bawić w lepienie budowli z błota. Sukieneczka zatem idealnie spełniła swoją funkcję wygodnego ciuszka do biegania po polach i lasach.


Muszę się przyznać, że jak nigdy nie powtarzam zrobionych wzorów, tak swetrów z tego wzoru zrobiłam już cztery i wcale mi się nie nudzi!




poniedziałek, 14 grudnia 2020

Czapka ryżem - estetyczne kończenie czapki

Osz w mordę. Kawał czasu.

Bo najpierw mnie wciągnął pierwszy w życiu ogród warzywny. Wszystko w nim rosło niesamowicie bujnie, chwasty też. 

Potem było lato, no a kto dzierga w lato. Ja w zasadzie nie, ale popełniłam jedną rzecz, o której napiszę, jak nie zapomnę.

Potem była jesień. Normalnie ludzie już wtedy dziergają, ale ja jestem inna i mam na to papier, także teges. 

No i zima przyszła już prawie. Raptem tydzień został do kalendarzowej, klimatyczna już za oknem, ziębi i bielą błyska.

Do rzeczy. Wpadłam tu na chwilę, bo jedna pani na jednej grupie fejsbukowej miała problem z czapką ryżem. Tak się składa, że patent opracowałam wczesną wiosną. Pomyślałam nawet wówczas, że dobrze by było patent puścić w świat. Jak się okazuje, napisałam nawet całkiem zgrabny szkielet posta blogowego, o którym zapomniałam, i który odkryłam logując się dzisiaj. Tyle wygrać, prawda?

Zatem po drobnych poprawkach redaktorskich dzielę się przepisem na wiosenną czapkę (ale nikt nie będzie sprawdzać, o jakiej porze roku ją będziecie nosić).

***

Wiosenna czapka - jak ładnie kształtować koronę 


Oto czapka. Lekka, oddychająca, kolorowa. Ma efektowny wzór, chociaż w pracy jest zupełnie nieskomplikowany.



Zrobiłam ją sobie w ramach przełamywania chandry włóczkowej. Jak wiecie z poprzedniego wpisu, udało się!

Jestem z tej czapki szczególnie zadowolona, ponieważ udało mi się ukształtować górę czapki tak, by wzór nie był zakłócony i ładnie leżał. Czapka na czubku głowy nie przylega idealnie, ma za to fałdki, które świetnie się sprawdzają przy mojej okrągłej twarzy.

Użyłam włóczki Fabel w kolorze białym i pstrokatym. Ścieg "broken seed stitch" przerabia się dwoma kolorami włóczki naprzemiennie. Jednym kolorem robimy rząd oczek prawych, drugim kolorem w kolejnym rzędzie - ryż.

Nabrałam sposobem włoskim 152 oczka i połączyłam do pracy w okrążeniach. Przerabiałam ściągaczem *1prawe przekręcone, 1 lewe* na drutach 2,5 mm przez 3 cm (wyszło 12 rzędów).

W następnym okrążeniu zmieniłam druty na 3mm i zaczęłam przerabiać samymi oczkami prawymi. Zmniejszyłam liczbę oczek do 144, przerabiając 2 oczka razem co 18 oczek.

W kolejnym okrążeniu przerabiałam oczka jak w ściegu ryżowym, prawe i lewe na zmianę. Ciągnęłam pracę ściegiem "broken seed stitch" przez kolejne 12-13 cm (wyszło 56 rzędów).

Kształtowanie czubka (korony, hłe hłe) czapki; tutaj istotne jest, że liczba oczek podzielna jest przez 12. Zmniejszanie liczby oczek będzie się odbywać w co drugim rzędzie, 6 razy w okrążeniu, poprzez przerobienie 3 oczek razem w ten sposób, że dwa oczka ściąga się z lewego drutu razem, jak do przerobienia na prawo, trzecie oczko przerabia się na prawo, dwa poprzednio ściągnięte na prawy drut oczka przeciągamy nad trzecim, przerobionym (double centered decrease).



Najpierw przerabiamy okrążenie w następujący sposób: 12 oczek ryżem, 1 oczko przełożyć bez przerabiania (można dać marker przy tym i każdym kolejnym przełożonym oczku), *przerobić 23 ryżem, przełożyć 1oczko bez przerabiania* 5 razy, dalej ryż do końca okrążenia. U mnie przełożone oczka znajdują się pomiędzy dwoma oczkami lewymi w tym i w każdym kolejnym rzędzie redukowania liczby oczek.

1) W następnym okrążeniu przerabiamy 11 oczek prawych, redukujemy 2 oczka, tak jak to opisałam wyżej (double centered decrease). Środkowa część redukcji oczek powinna wypaść nad oczkiem przełożonym z poprzedniego rzędu. Powtarzamy manewr z redukowaniem nad każdym kolejnym przeciąganym oczkiem z poprzedniego rzędu. Jeżeli włożyliście marker, łatwiej będzie to oczko zauważyć, chociaż manewrowanie z markerem przy tego typu redukcji oczek bywa kłopotliwe. Ja zrezygnowałam z markerów i postawiłam na super uważność w wypatrywaniu tych przeciągniętych/przełożonych oczek.

2) W kolejnym okrążeniu, dzierganym ryżem, wypatrujemy znowu środków podwójnej redukcji - te oczka znowu przekładamy bez przerobienia.

Pracując w ten sposób gubimy oczka zachowując wzór.przy okazji tworzy nam się ładna kolumna z przeciągniętych oczek. Redukujemy oczka aż będzie ich na tyle mało, żeby zamknąć czapkę igłą.




W mojej czapce powtórzyłam okrążenie 1 i 2 jeszcze 5 razy, po czym uznałam, że chcę przyspieszyć gubienie oczek. więc zaplanowałam dodatkowych 6 punktów redukcji liczby oczek.
Wyszło mi w koronie coś w rodzaju gwiazdki. Następnie igłą ściągnęłam ostatnie oczka i zabezpieczyłam końcówki nitki.
Jeśli szczegółowe notatki nie są zbyt czytelne, musicie po prostu pamiętać zasadę, że liczba oczek powinna być podzielna przez 6. W sześciu punktach symetrycznie powtarzamy w co drugim rzędzie redukcję oczek z trzech do jednego w zalinkowany powyżej sposób. W ten sposób bezpiecznie i ładnie dobrniecie do końca czapki a wzór ryżu pozostanie niezakłócony.
W razie pytań i uwag piszcie. Zaglądam tu częściej, niż publikuję. Na pewno zauważę każdy komentarz i z pewnością odpowiem na pytanie.
 
Powodzenia.



poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Victory - sukces wymaga pracy

Miesiąc temu z górką wzięłam sobie do serca konieczność ograniczania kontaktów towarzyskich. Spakowałam się na dwa tygodnie i wybyłam z miasta w strony tak jakby rodzinne. Po paru dniach przestałam śledzić wykresy ekspotentne, a skupiłam na tym, co mam do roboty wokół siebie. Jako że włóczkowstręt odpuścił, najpierw wydziergłam czapkę. Była mi potrzebna. Przy okazji okazało się, ze znowu mogę czerpać radość z planowania, dziergania i wykańczania dzianin. No i z noszenia ich, oczywiście.
Ponieważ wzięłam ze sobą trochę zapasów dziewiarskich, zachciało mi się dziergać dalej. Wzięłam się za Victory sweater.




Ciekawa sprawa, czemu w ogóle wzięłam się za ten model. Fakt, szukałam czegoś z okrągłym karczkiem, ciągnęło mnie również do wzorów wrabianych, ale chyba najbardziej mnie ujęła historia tego projektu - pokonanie ciężkiej choroby. Zagrało mi to w duszy, ponieważ ja sama też się czuję rekonwalescentką. Rok temu czułam się fatalnie i miałam wrażenie, że ja, moje ciało i umysł, staczają się po równi pochyłej. Nie za szybko, nie alarmująco, ale jednak. Okazało się, że choruję na depresję. Poczułam, że nie chcę, żeby moje życie, zdrowie, wszystko właściwie, powoli osuwało się w otchłań nicości i nie-istnienia. Znalazłam motywację, by sobie jakoś pomóc. Uczyłam się i trenuję wciąż traktowanie siebie fair, szacunku dla siebie i swojego istnienia; odpuszczanie sobie często wyimaginowanych win; różnych takich... Uzupełniam biochemiczne braki w organizmie. Tworzę sobie w miarę możliwości zdrowsze środowisko. Powoli, powoli, wróciły mi chęć do robienia czegokolwiek, chęć do robienia czegoś dla przyjemności, możliwość czerpania przyjemności z tego co się udało zrobić. Mogę znowu czytać. Na dzierganie musiałam długo czekać, ale też wróciło. I znowu cieszy.

Zachciało mi się swetra. Mam znowu siłę do tego, by sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał zrobiony z włóczki, którą mam. Żeby zaplanować etapy. Żeby cierpliwie robić rządek po rządku. Żeby czasem się cofnąć i naprawić błąd. Albo żeby zaakceptować jakiś niewielki błąd, który nie będzie miał wpływu na ostateczną noszalność. W końcu, jak sobie mówię, robienie swetra to nie wyższa matematyka.



Odbyłam ze sobą krótką bitwę w myślach, jaki rozmiar wybrać: czy taki, w który się wbiję, ale mogę nie czuć się komfortowo, czy większy, bo podobno nie ma czegoś takiego, jak za duży sweter. Musicie bowiem wiedzieć, że do niedawna dzierganie dużych rzeczy mnie przerastało. Nie miałam cierpliwości wyrabiać tych wszystkich oczek. Chyba tym razem zwyciężyła we mnie chęć rzeczywistego noszenia własnego udziergu (no, z tym też bywał problem).

Wydziergałam już karczek. Wydawało mi się, że trwa to wieki, a wg ravelry wyszło, że tylko dwa tygodnie. Robórkę zamknęłam bawełnianą nitką i wrzuciłam do uprania. W końcu dobrze było sprawdzić, czy ten kłąb dzianiny na drutach ze zbyt krótką żyłką przypomina coś noszalnego. Victory! Przypomina :-)

Robię kilka dodatkowych rundek dżersejem, żeby przedłużyć karczek. Nie chcę, żeby sweter byl bardzo obcisły. Teraz już w zasadzie zostały mi same "filmowe" etapy: morza prawych oczek, prawie że oceany, biorąc pod uwagę rozmiar.

Sama jestem ciekawa, ile czasu mi to zajmie.

***
Dziękuję wam, drodzy czytelnicy, za te ciepłe słowa pod poprzednim wpisem. Kiedy żywy człowiek się odezwie, daje mi to zupełnie inny, dużo pełniejszy wymiar satysfakcji z tego, co na tym blogu się dzieje.

środa, 1 kwietnia 2020

Pustką i chłodem wieje po kątach tego bloga.
Tak jakby właściciel opuścił swój dom na więcej niż pół roku. Woda w kranach przyrdewiała, ściany wyziębione, trupki owadów leżą na parapecie okna, a szyby okienne poznaczone zostały smugami deszczu...
Obraz ten dość wiernie odpowiada temu, co działo się w mojej duszy przez ostatnie miesiące...
Ale wróciłam. Rozpalam w piecu kaflowym; czekając aż ciepło zacznie się od niego rozchodzić, dokonuję pierwszych porządków.
Witaj z powrotem, blogowanie, witajcie czytelnicy.


środa, 3 lipca 2019

Cukierkowo, owocowo, letnio...

Dzisiejsza migawka przedstawia topik w trakcie pracy w relaksujących okolicznościach przyrody. Historia tego udziergi zaczęła się w sklepie Flying Tiger of Copenhagen, sieciówce z mydłem i powidłem. Zaglądam tam czasem, by za parę groszy poprawić humor sobie albo pozostałym członkom rodziny. 
Tym razem wypatrzyłam motki bawełny w ładnych zestawieniach kolorystycznych i pomyślałam ciepło o łąkach, którym dawno nic nie dziergałam. Zakupiłam komplecik i przewartościowałam plany na ten materiał. 
Ci z moich czytelników, którzy snują się po portalach społecznościowych, z pewnością kojarzą wzór Lost in Time, który stał się viralem krótko po opublikowaniu. Ja też polubiłam ten wzór i podobają mi się niemal wszystkie udziergi, które go wykorzystują. Sama jednak nie chciałam robić chusty, bo nie noszę tego typu dzianin. Wolę zrobić coś, co będzie noszone. Dlatego wymyśliłam, że używając motywów z chusty Lost in Time zrobię plazową bluzeczkę dla córy. Na razie jest tyle i wciąż rośnie, bo bardzo mi się to szydełkowanie spodobało. 


Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła pokazać skończone ubranko w równie uroczych okolicznościach przyrody, i niepowtarzalnej ;-) czyli znad morza i z wkładką.
Tymczasem!

wtorek, 7 maja 2019

Strzałka na chandrę


Gdy dopada mnie chandra, muszę zażyć koloroterapii. Dla poratowania nastroju, potrzebny mi mały choćby sukces, odrobina satysfakcji z ukończenia projektu, z uszczknięcia zapasów włóczkowych, poczucia pożyteczności.W takich okolicznościach powstała ostatnia moja strzałka.


Przywiozłam sobie dwa lata temu zza oceanu kilka motków na pamiątkę wycieczki. Kupiłam je w sieciówce kreatywnej Michael's. O, kiedy takich sieciówek się doczekamy? Na razie mamy tylko Empiki i Tigery z bardzo ubogą ofertą. 
Włóczka nazywa się Shawl in a ball i tym jest w istocie. Zawiera 150 gramów cudacznej nitki akrylowo-bawełnianej w kolorze Restful rainbow. Przez prawie dwa lata próbowałam wymyślić dla niej zastosowanie, nawet zaczęłam robić z niej wirusa na szydełku. Jednak duże oczka i dziury w wirusie nie spodobały mi się, więc postanowiłam zrobić coś prostego, w czym uroda włóczki zostanie pokazana w pełnej krasie, i jednocześnie coś, co nie zabija nudą, jak również dobrze się nosi. A więc strzałka.



Moja strzałka wyszła dość symetryczna dzięki patentowi podpatrzonemu na blogu blueberrybeck i zmodyfikowanemu według własnej intuicji. W podstawowej wersji wzoru w drugiej części chusty wzdłuż "kręgosłupa" odejmuje się oczka w co drugim rzędzie (przykładowo 3 razy na każde 6 rzędów). Autorka bloga blueberyybeck odejmuje oczka w każdym rzędzie (a więc 6 razy na 6 rzędów). Ja zaś postanowiłam trochę zmniejszyć dynamikę odejmowania oczek i odejmować je po 4 razy na każde 6 rzędów. Dzięki temu po zdjęciu z drutów chusta miała regularny kształt.


Z dwóch motków włóczki zostało mi jeszcze około 100 gramów włóczki, a zatem kroi się mała strzałeczka dla dziecka. Ale to innym razem.

czwartek, 3 stycznia 2019

Kolor koralowy


Pantone zasugerował, by w tym roku rządził kolor koralowy. Lubicie ten kolor? Ja bardzo!




środa, 12 grudnia 2018

Rękodzieło z zupełnie innej parafii

W dniu Świętego Mikołaja klasa mojego dużego dziecka wybrała się do fabryki bombek, a ja z nimi, pod pretekstem pomocy w obsłudze wycieczki w środkach komunikacji miejskiej. Trafiliśmy do manufaktury "Fogiel", mieszczącej się na warszawskim Grochowie. Jest to firma rodzinna, założona tuż po wojnie. Trzecie pokolenie rzemieślników wytwarza najprzeróżniejsze bombki.
Musze przyznać, że otoczona pięknymi, błyszczącymi ozdobami poczułam się jak dziecko.




Dzieci mogły zobaczyć, jak wyglada proces produkcji bombki: najpierw dmuchanie lub formowanie z rozgrzanego szkła, potem srebrzenie. Pokaz wywołał serię okrzyków "woooow!".





Na dodatek mogłam sama spróbować swoich sił w zdobieniu bombki:


Tu nasze prace. Moja bombka jest skromna w porównaniu z barokowym rozmachem, jaki zaprezentowały dzieci. To ta w serduszka, na samej górze zdjęcia:


Wyschnięte bombki należało oczywiście wykończyć zawieszkami:


Wycieczka była bardzo udana i inspirująca. Chciałabym kiedyś jeszcze usiąść i pomalować parę bombek. Szkoda, że czasu tak mało...

środa, 24 października 2018

Naparstek dziewiarski ad hoc

Jeśli chcesz dziergać żakardy i zastanawiasz się, nad zakupem naparstka dziewiarskiego, ale boisz się, że z pasmanterii wyjdziesz z worami włóczki na dokładkę, pożycz od córki/wnuczki/siostrzenicy dziewczęcy pierścionek. Albo kup na odpuście. Wyjdzie taniej i bezpieczniej... 


Dziewczęce pierścionki są ponadto dużo ładniejsze od naparstków dziewiarskich.